W osobliwym gmachu, na kolumnie szyi
która dumnie się opiera gilotynie czasu,
niczym uśpione żmijowisko białka -
pędzą nierzeczywisty żywot – myśli.

Jedne od drugich bardziej fantastyczne,
niewymiarowe, nie do pomyślenia,
samospełniane w momencie poczęcia
i samobójcze, jak wschody księżyca.

Myśli pioruny, błyskawice lędźwi,
ogniste smoki żądz i atawizmów,
uświadamiane we śnie, pod narkozą,
w pijanym transie, narkotycznym głodzie,
myśli od których trzeba wiać jak złodziej,
palące mosty, sumienie i haszysz.

A potem myśli łagodne jak zefir,
powolne jak kobieta rozbierana do snu,
myśli zwiewnych dotyków, eterycznych pieszczot,
przezroczyste, rozpięte ranną mgłą nad łąką,
i z wonią majeranku w lawendowych oczach.

I też myśli ambitne, zaborcze jak zadry,
kolce w dupę miłości, drut kolczasty świata.
Ich trupami zasłane wszystkie schody sławy,
majątku, władzy. Myśli jak klinowe pismo,
gotowe wejść pomiędzy najciaśniejszą zgodę
i klinem kruszyć państwa, rozdzielać narody,
myśli tak jadowite, jak uścisk Judasza,
uśmiechnięte do siebie, hardo i cynicznie
oznajmiające z góry zachrypłym charkotem,
że coś tam uber alles, ale nie dla wszystkich.

I przy nich myśli cichsze niż drapanie myszy,
którym starczy ziarenko prawdy za ogarek,
myśli małe jak pępek, co skryty przed światem
i kręci się co najwyżej wokół własnej osi.
Te myśli już potrafią docenić milczenie,
surową, chłodną wiedzę o strukturze kwiatu,
atomu, śmierci, zdrady i daremnej grozy.

Myśli naszej młodości, okruchy dzieciństwa -
choć z wiekiem ich prostota nieco onieśmiela-
bezbłędnie rozróżniają barwy po zapachu:
czerń istotnie jest czernią – nie wpada w optymizm,
biel ma niebieskie oczy i zadarty nosek,
reszta barw to karnawał oddechu i pędu,
zziajane, głodne, świat im cieknie po podbródkach.

Lecz już myśli stateczne – odziewają w szarość,
rozcierają kontrasty w mętnych kompromisach,
myśli trudnych wyborów – chore na bezsenność,
skazane na pół-prawdy szeptane półgębkiem,
cierpiące na niewiarę w zapomnianej nawie,
gdzie Jezus Chrystus z nudów czyta mitologię.

I te myśli, co nie chcą uciec z Drohobycza,
bo jednako śmiertelne w każdym innym mieście,
myśli co Się poznały i co ciągle w drodze,
w mgle wszystkich lokomotyw śpiewają o Peru,
obnażone jak nerwy przed gorącym wiatrem,
napięte żyły gitar, przeklęte miłością,
przeżegnane na drogę skowytem miłości.

Myśli o nieistnieniu, myśli o rozkładzie,
gnijące w sztolniach mózgu, spętane nicością.

A obok świat harmonii i boskiej jedności,
wzór na diabła, anioły, i program zbawienia,
ufna, komputerowa alchemia stworzenia,
czerpiąca całą wiarę z prawdopodobieństwa.

Myśli o Prapoczątku – brak innych dowodów
jest najlepszym dowodem na istnienie Boga.

Myśli, co otaczają człowieka miłością,
dające pewność ręki i prostotę duszy,
myśli przy których wszystko bierze nas w opiekę,
odracza gwałt, ból serca i trudne rozstanie,
myśli jasne, spokojne uczciwym sumieniem,
prostym wierszem, gdzie słowa jak perły po stole
toczą się po iskrzących łąkach wyobraźni.