Omijam lepki półmrok barów i traktierni
wysokich stołków amfilada mi się kłania
Trzydziesty czwarty już przywitał mnie październik
i po raz pierwszy zbaraniał

Poznałem smukłych szyjek wdzięki i sekrety
nitki Ariadny które z czasem tworzą sieci
w gąszczu toastów wciąż łudziłem się jak kretyn
że mi się uda wzlecieć

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
wszędzie daleko i łatwo popaść w katatonię
przy pełnym szkle puste rozmowy – to za mało
kiedy się wchodzi w dojrzałość

Mijam kobiety apetyczne jak czereśnie
które aż proszą się o lekcję anatomii
i proponują bym zapoznał się z ich wnętrzem
zmysłowym gestem dłoni

I czasem wchodzę tak po ludzku, by się ogrzać
by się zapomnieć w czyichś słowach, czyichś ustach
gdy się odkrywam – one stają się ostrożne
znikając w zmarszczkach lustra

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
do brudnej szyby płaskie życie przyklejone
krąg miałkich zdarzeń mnie otacza jak obłok
i coraz głębsza samotność

Więc tylko sztuka wciąż ratuje przed odejściem
chodzi na palcach, by nie każdy mógł usłyszeć
i coraz częściej modlę się milczącym wierszem
bo sztuka lubi ciszę

Zbiegają z półek papierowi kochankowie
porwane wątki dobiają do swych brzegów
i odpływają w świat spod wpół przymkniętych powiek
a mnie już nic do tego

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
rodzi się życie po słowie: koniec
Poeci milczą w niebo swój niepokój
tę piątą porę roku