Skip links

Piosenki Antoniego
Murackiego

A ja cię kocham tyle lat
znam każdy zakręt ciała
zbożowy włosów twoich smak
i myśli jasną iskrę
A tutaj nocy ciemny ptak
i ogień co mnie spala
i nieistnienia zimny wiatr
co ciągle każe istnieć

Czasem mnie woła inny świat
i zmysłów supermarket
i wtedy stajesz pośród gwiazd
na mojej mlecznej drodze
i chociaż innych planet żar
przywabia mnie uparcie
uśmiechasz się, gdy wracam sam
i milczysz, gdy odchodzę

Więc kocham cię bez zbędnych słów
i pomocniczych pytań
tak oczywisty u twych stóp
jak pył czy kwit na pranie
i wiesz, że wrócę z tamtych dróg
i o nic nie zapytasz
Przecież już dawno dobrze znasz
odpowiedź i pytanie.

Po mało uczęszczanym torze
Od głównych oddalonym miejsc
Wyruszył w nieostatnią drogę
Z małym bagażem – Andrzej G.

Gdy dłonie puste od walizek
Wtedy otwarte są na świat
I co odległe – już jest bliżej
I choć nic nie masz – wszystko masz

A było jakoś po kolędzie
Z okien pachniała już kapusta
Wszak życie można przeżyć wszędzie
Byleby się nie wstydzić lustra

To twój suchy brzeg
To twój cichy Panteon
Kiedy w duszy masz śmiech
I gdy gra akordeon
I gdy łąka wierszami zakwita
Odpowiedzi już więcej niż pytań
Kiedy biec już donikąd nie trzeba
I samotność jest wyższa niż drzewa

Droga się nie zasnuła kurzem
Milczał a przecież dużo wie
Gdy z wiernym swym aniołem stróżem
Jechał przez Prusy Andrzej G.

Co ważne drzemie na uboczu
Cichą mądrością polnych traw
I wciąż ta ciepła żywość oczu
Zdumiona mleczną barwą dnia

Poezja wiła się jak rzeka
Łby dębów mrozu czesał grzebień
On od niczego nie uciekał
On już od dawna był u siebie

Było w królestwie bardów trzech,
co układali pieśni
Nie bacząc na burzliwy wiek
śpiewali ludziom pieśni swe
śpiewali ludziom pieśni swe
o rozmaitej treści

Pierwszy z nich dostał się na dwór,
pustoszył tam piwnice
A co dzień pieśń zamawiał król
więc bard grał piosnki mu jak z nut
więc bard grał piosnki mu jak z nut
o słusznej tematyce

Jak grzeczny piesek lizał tron,
potrafił aportować
Lecz raz uderzył nie w ten ton
i rychło kat zagadnął doń
i rychło kat zagadnął doń
„pozwolisz na dwa słowa”

Brał stąd naukę drugi bard,
co giętki był i cwany
Wciąż węszył skąd zawieje wiatr,
dobierał słowa podług szat
dobierał słowa podług szat,
był syty i odziany

Na dworze śpiewał: vivat król,
w karczmie o łzach biedoty
Lecz jedna z zabłąkanych kul,
szepnęła w samo serce mu
szepnęła w samo serce mu,
że zdrajca i kabotyn.

A trzeci prawdę głosił wszem,
w umizgi się nie bawił
Bez drżenia śpiewał pieśni swe,
„Królu, jak możesz godzić się
„Królu, jak możesz godzić się
na gwałty i bezprawie”.

Rychło proszono go na dwór,
gdyż stawał się niesforny.
Ponadto lubił słuchać król,
jak bard ubiera gwałt i ból,
jak bard ubiera gwałt i ból
w tak finezyjne formy.

Zamilkły zatem lutnie trzy –
niech pomną o tym króle.
Tak się zazwyczaj zdarza gdy,
trzyma w swych łapach jakiś typ
trzyma w swych łapach jakiś typ
monopol na kulturą.

A więc rodzina, dom i praca
Z łbem pochylonym gnasz jak pies
Ziemia zbyt szybko się obraca
I to jedyna pewna rzecz

Najpierw pieniądze, żeby przeżyć
Potem pieniądze, żeby żyć
W pośpiechu myśli, w wirze przeżyć
W locie się kochasz, w locie śpisz

Przyzwyczajenie każe ci wstać
Znajomy nurt cię powita
Łódź jak głupota – jest bez dna
Bez zbędnych pytań, bez pytań

I leci taśma, tłucze sztanca
Serce do żył wciąż tłoczy puls
Tutaj nie chodzi się na palcach
Tu tylko kłus i kłus, i kłus

Pęd taki wielki, taka przestrzeń
I pędzi trojka, Boże mój
Można udusić się powietrzem
Nim ten za nami krzyknie: stój!

Lecz jeszcze w górze majaczy szczyt
W kolejnych zmierzchach i świtach
Niepokój sercu nadaje rytm
Bez zbędnych pytań, bez pytań

Więc jeszcze dzieci, może dzieci
Naszym podrygom nadają sens
Ot, genetyczny kabarecik
Lub genitalny, czysty seks

Trochę pieniędzy, trochę sławy
To się przejadło, tamto mdli
Gdy życie to już tylko nawyk
Wszystko cię nudzi – de ja vu

Gdy zniechęcenie puka do bram
Nałóg naleje ci piwka
Sztuka umarła – niech żyje chłam
Sztuka się mizdrzy jak dziwka

Pomiędzy dwoma oddechami
Czasami coś zastuka w łeb
„Może by spytać tych przed nami,
czy tam na końcu stoi sklep

gdzie kupisz spokój, czas, sumienie
i gdzie obłowisz się jak lord
taki niebieski sklep na ziemi
dla ciemnej duszy port”

A ciemna dusza bije na gwałt
W cudownej lampie ukryta
Starczy się wsłuchać i dotknąć szkła
Bez zbędnych pytań, bez pytań

Oczy podbite w walce ze świtem
słońca znajomy krąg
Znów ocaleni z nocnych potyczek
budzimy się po przeprawie
Nową nadzieją serca tężeją
że jednak dobro nie zło
Honor potaniał w przydrożnych kramach
miłość w lumpeksach na wagę

Bohaterowie swej codzienności
po kruchym lodzie
cudzych uniesień, własnych słabości
kroczą jak co dzień

Bohaterowie swej codzienności
mają odwagę by żyć
bohaterowie swoich dni

Skąd brać odwagę by pośród blagi
z życia tandety się śmiać
szable z papieru dla bohaterów
tarcze z codziennych gazet
Dalej na szańce chociaż kuksańce
gradem się sypią na twarz
Trzeba nim spłoną unieść z pogromu
srebrne okruchy marzeń

To jest odwaga – padać i wstawać
nowych nie lękać się dni
w śmiechu przyjaciół, w dzieci zabawach
w trawy wiosennym śpiewie
I z tą jedyną się nie wyminąć
i najprawdziwiej z nią być
w ciszy po burzy z ciągłej podróży
wrócić do siebie

Ciągle powtarzasz mi, ze mam diabła za skórą,
że taktu oraz powagi mi brak.
Jednak wybaczasz wciąż, bo cię skusił mój urok,
słodkiego roztrzepańca boski smak.

Ref.
Ale trudno, jestem trzpiotka
i androny w głowie mam,
mnie rozsądek nie dotyczy, nie.
Ale przy tym jaka słodka
i dlatego z wszystkich dam
mnie wybrałeś, pokochałeś mnie.

Zawsze wybawiasz mnie z beznadziejnych opałów,
aż w końcu wyjdę spod rynny na deszcz.
A ja dla ciebie mam garść niebieskich migdałów
i obietnicę, że nie zmienię się.

Ref.
Ale trudno, jestem trzpiotka
i androny w głowie mam,
mnie rozsądek nie dotyczy, nie.
Ale przy tym jaka słodka
i dlatego z wszystkich dam
mnie wybrałeś, pokochałeś mnie.

Czasem łaszę się jak kotka
czasem w chowanego gram,
w nocy rzucę, a powrócę w dzień.
Ale przy tym jaka słodka
i dlatego z wszystkich dam
i dlatego pokochałaś mnie.

Poznawać lubię świat i na każdej wyjść stacji,
i wierzę, że mnie chwilami masz dość,
lecz któż zapewni ci tyle w życiu atrakcji,
wysuszy głowę, zrobi ci na złość.

Ale trudno jestem trzpiotka
i androny w głowie mam
mnie rozsądek nie dotyczy, nie.
Ale przy tym jaka słodka
i dlatego z wszystkich dam
mnie wybrałeś, pokochałeś, już na stałe
Na mym punkcie w rzeczy gruncie ciut zwariowałeś.
I ja cię lubię, choć na ślubie
w jednym bucie mogę uciec
i rozpłynąć się we mgle.

Nie trzeba słów, na policzkach mam deszcz,
czas na finał już i ty o tym wiesz
Nie mam sił, a moje serce tuż przed odlotem,
mówię – był, myśląc już kto będzie potem

Dziś dama pik
z gracją mówi pas
Nie trzeba było sensu szukać
póki on był w nas

Mam dość
znam już rytm
wszystkich twoich płyt
Chcę by rozgorzał wielki pożar
tylko amor znajdzie u mnie zbyt

Zbyt wiele strun
w moim sercu drży
Jest więc tymczasem za impasem
wolna dama pik

Stanęła już karuzela tych dni
kiedy tańczył czas, a my razem z nim
Skończmy więc te nasze wprawki na cztery ręce
Jeszcze list i na pięcie się okręcę

Całe życie moja droga
Całe życie ze mną szłaś
Bardziej kochać już nie mogłaś
W labiryncie serc
A ja na ostatnich nogach
Powracałem z takich miejsc
W których nawet, nawet Boga
Było mniej.

Ona
Wieczna narzeczona
Najjaśniejsza strona
Mej chłopięcej gry
Żona
Piękna jak ikona
Łza aż nazbyt słona
Dla mej ciemniej krwi

Całe życie moja miła
Całe życie ze mną szłaś
Tylko ty naprawdę byłaś
Gdy nie było mnie
Swym milczeniem mnie chroniłaś
Przed lawiną kłamstw
Moja najjaśniejsza miłość
Która wie

Całe życie moja droga
Całe życie ze mną szłaś
Po manowcach, po rozłogach
By uciszać wiatr
Wymyśliłaś mnie od nowa
Bym cieplejszych nabrał barw
I najcichsze czytał słowa
z twoich warg

Co to za pociąg
Co to za pociąg tak gna
Życia korkociąg wyciąga mnie na powierzchnię
W nocy ostrożniej
Bo w nocy bliżej do dna
Po rozbitym szkle w kruchy świat spaceruję i nie śpię

Co to za pociąg
Co to za pociąg we mgle
Nikną pejzaże w pijanym barze kobieta
Czy jeszcze czeka, czy jeszcze marzy – kto wie
Już na twarzy skrapla się gniew
A pod mostem jest rzeka

Stanąć na chwilę, całować twe oczy
Niech dalej już bez nas ten pociąg się toczy
Jak głaz
Życie za oknem a świat za zakrętem
Nie zdążę, nie zdążę, zachłysnę się pędem
A serce w łopocie pijanym okrętem
Gdzieś gna
Tunel nocy, światło gwiazd

Co to za pociąg
Co to za pociąg przez noc
Mały kuferek na głowie beret lub księżyc
Gdzieś bez pieniędzy jechać i zalać się w sztok
Tu pijana samotność tam tłok
A ja siedzę pomiędzy

Kto taki pociąg
Kto taki pociąg mi dał
Innemu konie i w gardle płomień szaleństwa
Czasem mnie mija obłędu żmija o cal
Czuję oddech zimny jak stal
Czasem mijam te miejsca

Czuję oddech na plecach
gdy po dniu pełnym walki
żmija twego języka
ślizga mi się po karku
lawirując bezkarnie
między kłamstwem a szyją
czuję oddech – a nie jest to miłość

Czuję oddech na plecach
i że zaraz się stanie
kiedy dłoń niekobieca
mnie poprosi o taniec
czarnym skrzydłem otoczy
smagnie brzytwą spojrzenia
cień na ścianie – choć śmierć nie ma cienia

Czuję oddech na plecach
i ktoś śledzi me kroki
czasem to mnie podnieca
czasem wzbudza niepokój
waży wszystkie me czyny
aż zdejmuje Go trwoga
Bóg się gniewa – choć nie ma już Boga

Czuję oddech na plecach
mój prywatny spokojny
zimny gniew jak forteca
wypalona przez wojny
walczy z własnym odbiciem
i zanosi się śpiewem
to dla ciebie ta cisza – chociaż nie ma już ciebie

Co krok potykam się jak kret
na życia nierównościach
lecz się do pionu dźwigam wnet
by chociaż chwilę postać

A gdy już stoję, mówię wam,
to mam się znakomicie
I prostą dość receptę mam
na życie…

Ref.

Do życia trzeba frontem,
Na luzie, to znów w dym
Nie sypiać do dziesiątej,
No, to zależy z kim

Zaskoczyć cię afrontem
Potrafi czasem świat, więc
Do życia trzeba frontem
By chronić własny zad.

Znajomi czasem radzą, bym
coś zrobił ze swym życiem,
więc patrzę w bok, ochraniam tył
i mam się znakomicie.

I chociaż nieraz biorę w pysk,
nie sarkam i nie beczę,
wiem, że to jest element gry,
choć piecze…

Ref.

Przyszło nam, proszę Państwa, żyć
w dość wirtualnych czasach,
ale potrzebna, co tu kryć,
niewirtualna kasa.

A z tyłu wciąż napiera cham
w krawacie i lakierkach
i wali, w obecności dam,
po nerkach.

Ref.

Kolega światły radził mi,
gdy poznał ten kuplecik,
bym także w górę zerkał, czy
ciężkiego coś nie leci

I miał baczenie zwłaszcza gdy
zanosi się na lepsze
bo pewne jak trzy razy trzy
że pieprznie

Z twoich rąk wymykam się bezsennie
płynę miękko jak księżyca tiul
nic nie mówisz kiedy płoniesz we mnie
nic nie mówię gdy schodami w dół

Biegniesz do niej, gnasz przez całe miasto
czasem dzwonisz by zachować twarz
obydwoje mamy w końcu jasność
grasz…..

ref.
Serce jak jaskółka
oczy w łez błękicie
nie baw się, kochany
nie baw moim życiem
Czas wygoi rany
jak majowe bzy
ciepłe oceany
dni

Mówisz mi że kochasz mnie niezłomnie
cenię cierpką słodycz twoich kłamstw
twych dotyków jeszcze parzy płomień
jeszcze czuję sztuczną czułość warg

Potem tylko nie wybuchnąć płaczem
do momentu kiedy zamkniesz drzwi
na śniadanie obiad i kolację
łzy….

Gdy jej blask przestanie cię oślepiać
znowu zaczniesz widzieć wokół świat
mej miłości księżycowa rzeka
znów obmyje twą zmęczoną twarz

Czy znów nocy wciągnie cię głębina
czy dziewczyna, czy dziewczyna zła
to już mija, już cię zapomina
już się staje elementem tła

Chciałbym potrafić jak jaskółka
Ciąć bezszelestnie niebo wpół
I tak jak za kamieniem kółka
Znikać na wodzie – idąc w dół

Miękko uginać się jak trawa
Nie drżąc na kosy każdy zgrzyt
I tak jak ona umieć wstawać
Witając rosą każdy świt.

I chciałbym jeszcze, dobry Panie
Umieć dziękować Ci co sił
Za me codzienne ze-snu-wstanie
I za nadziei gwiezdny pył

Chciałbym potrafić czuć pokorę
I każdą radość- kiedy trwa
I by uleczyć serce chore
Poprzestać na tym – co już mam.

I umieć w oczy patrzeć prosto
Przez ciemnych spojrzeń gęsty las
I w smutku duszę mieć radosną
Bo jak bez duszy w ciężki czas

A gdyby stało się inaczej
I gdybym zboczył z Twoich dróg
To mnie odwiedzaj choćby płaczem
Bym chociaż jeszcze płakać mógł.

To błąd, to duży błąd
nie kochać mnie
Jak ptak, co stały ląd
opuszcza – drżę

To nic, że sucha łza
na wargach schnie
Bo sztorm na złoty piach
wyrzuci mnie

Ref.
Kiedy dla serca
niespokojny czas
wtedy i myśli niespokojne
To co najlepsze
pozostaje w nas
choć czasem idzie na wojnę.

Odchodzisz byle jak
do męskich ról
Ten uśmiech dobrze znam
i oczu chłód

Lecz póki wmieszasz się
w uliczne tło
to kochaj, kochaj mnie
od dzisiaj do…

Minęło tyle dni
i znów do ciebie piszę
na sercu cień
tupot wezbranej krwi
I głosu twego dźwięk
zza niedomkniętych drzwi
dochodzi coraz ciszej
Musisz już biec
trzymasz w dłoniach swą nić
latawiec na błękicie

To tylko wiatr, mamo
to tylko wiatr
unosi cię nad ziemią
Dusza to ptak, mamo
dusza to ptak
do końca będzie ze mną
To tylko wiatr, mamo
to tylko wiatr
a my jak stare drzewa
Miłość jak sad, mamo
miłość jak sad
dojrzewa

Nie cofnę gorzkich słów
nie zwrócę pustych nocy
gdy – zbity pies –
wiodłem pod domu próg
pijaną moją łódź
Rozgrzeszał mnie twój szept
anioły twoich oczu
Latawiec mknie
lecz na chwilę tu wróć
bym twoją bliskość poczuł

To tylko wiatr, mamo
to tylko wiatr
unosi mnie nad ziemią
Dusza to ptak, mamo
dusza to ptak
pokonujący ciemność
To tylko wiatr, mamo
to tylko wiatr
a my jak stare drzewa
Miłość jak sad, mamo
miłość jak sad
dojrzewa

Dałbym wszystkie skarby świata
by być znowu młodym
po podwórkach móc polatać
i zbiegać ogrody

Na poczciwym Gibalaku
wycierać kolana
I na dzień lub dwa
wrócić w tamten czas
Ale to się nie da – proszę pana.

Z Okopowej krok zaledwie
do sklepu na Pawiej
gdzie kupiłem rudej Ewie
pierwszą oranżadę

I patrzyłem w modre oczy
słodkie jak landrynki
Jeszcze czuję smak
Jeszcze stoję w drzwiach
choć w nich dawno nie ma tej dziewczynki

ref.
A czas jak kręgi na wodzie
I ja – podniebny przechodzień
Ktoś nam uchyla drzwi

A czas jak kręgi na wodzie
Ktoś jest, ktoś znowu odchodzi
To ty, to ciągle ty

Do starego zegarmistrza
gnam co koń wyskoczy
on uśmiecha się pod wąsem
i przeciera oczy

Co też cię przygnało, synku
w twe rodzinne strony
W oczach słona mgła
Mama stoi w drzwiach
A on także dziwnie mi znajomy…

Chciałbym czasy swe naprawić,
Pan się zna na rzeczy
On mi na to : Nie ma sprawy
-Zbyt się , synku, spieszysz

W biegu byś nie zmylił drogi
dam ci dwie wskazówki:
Idź przed siebie, lecz
popatrz czasem wstecz
Za naprawę płacisz mi dwie stówki

Jeszcze w szkole będąc dzieckiem
wyjątkowo niepokornym
miałem zwyczaj, oprócz teczki,
nosić z sobą swe poglądy

Wyrastałem w takiej myśli
chociaż w teczce już nie grzebię
noszę dowód dla policji
a tożsamość mam dla siebie

Kiedyś zostawiałem ślady
na zapiski miałem zeszyt
Dzisiaj noszę w ciężkiej głowie
myśli, wiersze i adresy

I niewiele mozna zabrać
chyba ża skopolamina
zwój mózgowych papirusów
dla nielicznych się rozwija

Może to i głupi pomysł
tak zaufać własnej głowie
Lecz jak śpiewał kiedyś Jacek
„jeśli szukać gdzieś – to w sobie”

Ale głowa nie tornister
i czasami się rozpina
wtedy słychać przelot ptaków
i na chwilę staje ziemia

Lecz samotność tych odlotów
choćby w najcieplejsze kraje
znów powraca do nas myślą
że ktoś bierze a ktoś daje

Jeszcze nie wiem jak rozumieć
groźną przezroczystość rzeczy
Taki blask że ciemno w oczach
Czy to tylko próchno świeci?

Jestem zakryta, w siebie zaklęta
O nic nie pytaj – nic nie pamiętam
Odejdź, nie pukaj w zamknięte serce
Albo nie odchodź, nie odchodź więcej…

Trochę spóźniony, o nic nie prosząc
Szybko odchodzisz, znikasz jak pociąg
Przytul, obejmij, dotknij księżycem
zanim puste ulice, zanim noc

Ref.
Nasza niemiłość
wszystko czego nie było – nie zrani nas
nie ma tęsknoty
twój niedotyk nie zmieni się w dreszcz
niepowroty rozbawią do łez
I nic się nie zmieni
tylko trochę zdziwieni przylgniemy do szyb
nie będzie dni
pełnych pustki, milczenia i kłamstw
czarnych nocy bez ciebie i gwiazd.

Nie napisane wyślemy listy
biały atrament skradł nasze myśli
I pijąc wspomnień czerwone wino
z innym mężczyzną, z inną dziewczyną

znów zapragniemy – głupi i młodzi
móc wszystko zmienić i … znów odchodzić,
na zawsze blisko być i daleko,
bo niemiłość jest rzeką, co zmienia bieg.

Ref.
Nasza niemiłość
wszystko czego nie było – nie zrani nas
nie ma tęsknoty
twój niedotyk nie zmieni się w dreszcz
niepowroty rozbawią do łez
I nic się nie zmieni
tylko trochę zdziwieni przylgniemy do szyb
nie będzie dni
pełnych pustki, milczenia i kłamstw
czarnych nocy bez ciebie i gwiazd.

Ta nasza niemiłość
trochę nieba ubyło
i nas jakby mniej
tak nam siebie brak
pocałunków odjętych od głodnych warg
pocałunków słowem jak ptak spłoszonych
myślę o nich

Podobno lepiej znoszą ból
gotowe każdą z męskich ról
wykonać szybciej i na pewno z większym wdziękiem
One wybiorą obiekt zdrad
i też, nie łudźmy się, od lat
nim tego chcemy – one proszą nas o rękę

Gdy nam alkohol zmąci mózg
i rewolucję wszczynać mus
szablą z papieru, w słusznej sprawie, kogoś siekać –
-one z pewnością staną w drzwiach
i rzucą: „Ona albo ja!
Jak cię tak kocha ta wojaczka – to zaczeka…”

Nasze kobiety
zwiewne jak etyl
twarde i kruche jak szkło
I w nową drogę
ruszyć gotowe,
gotowe, jak by co…

Póki, panowie
miłości ogień
lub choćby iskra się tli
walczmy o prawa dla naszych kobiet
walczmy jak lwy

Czasem ugryzą aż do krwi
czasami palną coś przez łzy,
choć dużo mówią, zwykle zmilczą to, co boli
Czułe jak wykrywacze kłamstw
gotowe znieść kolejny raz
chwilową słabość do Renaty czy Marioli.

Przy tym kariera, styl i szyk
do interesów mają dryg
zakupy, fryzjer, dom, zebranie, jakiś przetarg
Więc gdy przyjaciół wybrać mam
często wybieram spośród dam.
Wolę polegać, wolę polegać na kobietach

Siłą nawyku, sugestii, siłą rzeczy
jakoś istnieję, choć jak mówią, coraz marniej
Nie chcę tłumaczyć się z nie napisanych wierszy
bo to są nie zapalone latarnie

To są mosty dziurawe jak koszula
a takich dziur, wierzcie, nie życzę tu nikomu,
Wiem, kokieteria, ale sztuka to chałtura,
co nie pozwala mi wrócić do domu.

Cóż, pozory są takie bezbronne,
wciąż wybieram między estetyką a pałką
Psiakrew, labirynt krętych myśli i poglądów,
labirynt mroczny, pani Matko.

Między Kaczmarskim, Kleyffem a Kelusem –
wszędzie J.K. – a wierzcie, nie jest to przypadek,
pierwszy dawno zamiata puste sale kontuszem,
Jacek za Tybet poszedł, Jaś za sprawę.

To normalne, każdy ma swoje racje,
nienormalny na szczęście jest tylko poeta.
Pointa jeży się na rentowne spekulacje,
bo niezła renta to chujowa pointa.

A gdzie ten dom, w końcu pytam gdzie ten dom
i jakim chlebem jutro z bliźnim się przełamię
gdy zimna dłoń Boscha, wyciągnięta zimna dłoń
wciąż mnie zaprasza na diabelski bankiet

Coraz częściej tam pędzę czwórką koni
może warto się ubabrać, by mieć się z czego myć?
I sam nie wie, nawiedzony Antoni
czy pokusą jest nie być czy być.

Ponoć gdzieś miłość jest
która nie zna kłamstw
mało śpi – wierzy w sny
modli się do gwiazd

A my co – szare tło
wśród szalonych barw
szkoła, dzieci, praca , dom
tylko nieba, nieba brak

Ponoć gdzieś miłość jest
piękna niczym grzech
tam bogowie mają gest
szampan stoi w szkle

Chciałbym z raz zabrać nas
choć na kilka dni
niech powróci tamten czas
kiedy niebo, niebo drży

Ponoć gdzieś miłość jest
lecz wracamy znów
razem do tych samych miejsc
do tych samych ust

Znowu w nas światło gwiazd
dawnym blaskiem lśni
i powraca tamten czas
kiedy niebo, niebo drży.

Od dwóch dni słodkiej wody już brak
Już rekiny zwęszyły nasz ślad
Stary klnie na czym świat
Bo uciszył się wiatr
Ale wracać nikomu nie w smak

Jeszcze dzień, jeszcze dwa, jeszcze trzy
Do Bombaju wejdziemy po ryż
Coś majaczy przez mgłę
Może znany nam brzeg
Każdy myśli o jednym, lecz nikt

Nikt nie tęskni za domem
Póki morze zielone
Póki łajbie daleko do dna
Nikt nie tęskni za domem
Chociaż wzrok w jedną stronę
I do brzegu, cholera coś gna

Od zachodu dmuchnęło jak czort
Całą siłą nas pchnęło na fiord
Szczury zjadły nam ryż
Nikt nie martwi się gdyż
Każdy poczuł przez skórę swój port

A na kei kochanek twych pięć
I na morze znów uciec masz chęć
Byle wiatr, byle wrak,
Byle dalej od bab
Byle znowu zanucić swą pieśń

Oczy mam mądre
myśli mam ciemne
i znam się na zegarku
chodzą dość punktualnie
myśli niewierne
po opuszczonym parku

Ręce jak drogi
pokrzyżowane
nogi nie niosą jak trzeba
myśli jak Bogi
mieszkają w niebie
choć wiedzą że nie ma nieba

Ref.
Dokąd tak mi się nie spieszy
kogo już grać nie muszę
świat opieram na zdziwieniach
a na łokciach duszę

Czego tak nie muszę zdobyć
komu – nie dopieprzyć
w dłoni laser na mikroby
na policzku pieprzyk

Ciało się śmieje
ciało niebieskie
gwiazda na czole pejzaż
zwodzi nadzieją
otwarta przestrzeń
przegrasz, wyszydza, przegrasz

A ja wygrywam
oswajam deszcze
i prężę kark do lotu
żyję w zdziwieniu
by przeżyć jeszcze
tych kilkanaście obrotów

Odchodzimy do siebie i jak zawsze zdumieni
że odmienił nasz czyjś dłoni dotyk
Odchodzimy bezradni poprzez zieleń swych źrenic,
przez milczenie strzeliste jak gotyk

Ref.
Kocham cię nieprzytomnie
przez świtu uchylone drzwi

Odchodzimy do siebie i nikt o nic nie pyta
Cisza planet nam ciała oplata
Ty się starasz uśmiechać beznadziejnie szczęśliwa
niemych wyznań unosi się zapach

Ref.

I wciąż tyle powrotów i mijania się z sobą
na swą miłość patrzymy bezradnie
jak złączone nadzieją, chociaż zawsze osobno
na dwóch brzegach świecące latar

Nie zważając na pogodę
wśród ogólnej akceptacji
wyraziłem wreszcie zgodę
że się poddam operacji

Krąg znajomych mnie nakłaniał-
wszak choruję wciąż na serce
„toż to tylko są badania,
kosmetyka i nic więcej”

A że nic mi nie dolega
ni skorupiak to ni guz
w końcu mogą mi pogrzebać
najważniejszy w końcu mózg

„Serce to najmniejszy szkopuł” –
rzekł urolog – okulista
„coś pan ma na lewym oku,
no i nerka jakaś mglista”

A więc pozostałym okiem,
czy wytrzyma to me serce
widzę jak mi jakieś chłopię
czymś majstruje przy mej nerce

Ale co tam jakaś nerka
bajaderka, mus to mus,
najważniejsze że pozostał
nie od czapy, w końcu, mózg

Z psem szukali mej choroby
a przyznaję, byli nieźli
przyszli chłopcy od wątroby
lecz na szczęście nie znaleźli

Z kończynami są problemy
lecz z oddali słyszę ERK-ę
jak już tylko przyszyjemy
wypalimy ci nadżerkę

Nim zdążyłem coś wyjaśnić
formaliny słyszę plusk
ale chcąc uniknąć waśni
przemilczałem – ważny mózg

Jakby tego było mało
choć i tak już ze mną krucho
przy wizycie mój wierzyciel
mi odstrzelił lewe ucho

A wieczorem wbrew narkozie
skalpel czuję u podbrzusza
wara! krzyczę bo przyłożę
tego nie waż mi się ruszać

Zdrowym okiem ich przewiercam
graj morfino we mnie, graj
wolę chyba nie mieć serca
niż facetem być bez jaj!

Zaczynali mnie już złościć
bowiem nic dlań nie jest święte
„Lecim – mówią – po całości”
– i wycięli również pointę

Ale co tam jakaś pointa
gdy mam w głowie drugie dno
więc niwięc nie zwalniam na zakrętach
i spokojnie śpiewam to:

Gdy cię dorwą jakieś peje
którym z pyska cieknie ślina
zawsze piastuj tę nadzieję
że nie wiedzą co wycinać.

Między nami czarna woda
całujemy się na schodach
potem każdy idzie w swoją stronę
mkniemy już po swych orbitach
nie zadając trudnych pytań
nawet słowa nami są zmęczone

Między nami niepatrzenie
i milczących słów kamienie
między nami nie dopita kawa
jeszcze razem, jeszcze z sobą
lecz osobno, lecz już obok
nie bierzemy, by nie musieć dawać

ref.
Złudzenia, złudzenia
nasze życie nie na temat
nudzi się za dnia
w nocy nie chce spać
sto na twarzy makijaży ma

Złudzenia, złudzenia
w górze niebo, w dole ziemia
nie wyśnione sny
z drugiej strony drzwi
ciągle pukam – otwórz mi

Między nami rude osty
wielki ogień dawno ostygł
ale mimo wszystko coś nas trzyma
przez tchórzostwo lub wygodę
nie potrafię wstać i odejść
może później, kiedy minie zima

Przecież dla mnie jesteś wszystkim
więc odstawiam znów walizki
pusty park, trzymamy się za ręce
i idziemy gdzieś w nieznane
gdzie nas nie dogoni pamięć
i pytamy cicho – co to szczęście

Spadł już śnieg i odleciały ptaki
kiedy odszedł Stefan w świat bylejaki
Spadł już śnieg i poszedł jakoś nocą
i rodziny nie zbudził, bo i po co

Trzymał mróz, a ciągnęło go na dworzec
„uchroń mnie przed nadzieją, dobry Boże”
Trzymał mróz, lecz on już znał krainy
gdzie i lato podobne jest do zimy.

Ref.

„Sam jest liść i pies jest sam, i człowiek
już pojąłem, że niczyja to jest wina
Ufam więc tylko swojej chorej głowie,
bo na niej świat się kończy i zaczyna”

A więc drogą, tam przed siebie, w inne światy,
może uda się oszukać los garbaty,
może ktoś przygarnie, w ogień drew dorzuci
dobry ogniu czarne myśli we mnie ucisz.”

„Srebrny krzyżyk na piersiach, czemu Chryste,
istnieję tylko po to, aby istnieć,
Całkiem sam na drodze, w mokrych butach,
jak pamiętać, zapomnieć, nie upaść.

Dobry wietrze, dobre niebo, dajcie siłę,
Przecież, mimo że odchodzę, ciągle żyję”
I coś przyszło na Stefana, wiedział teraz,
że się uczył dotąd nie żyć, lecz umierać.

Ref.

Sam jest człowiek, bardziej chyba sam od psa,
jak to pojąć, że niczyja to jest wina
I samotna zamarzając spływa łza.
Bo wspomniałem, że był mróz, była zima

Czasami człowiek zachodzi w głowę
Jak to się stało
Że jeszcze wczoraj świat stał otworem
Szło się na całość
Dziś ledwie hity z niemodnej płyty
Budzą wspomnienia
Ona wpatrzona, świt na jeziorach
I tamten temat…

Pejzaż z piosenką
Te krople na sen
Zaufaj dźwiękom
Co w sercu na dnie
I dobre słowo miej
Zawsze pod ręką
Ot, twój prywatny
Pejzaż z piosenką

Pejzaż z piosenką
Ulotny jak mgła
Słodki jak błękit
Przejrzysty jak łza
Na pożegnania
I serca namiętność
Pejzaż z piosenką
Pejzaż z piosenką

Czasem gdy zerka się do lusterka
Lub kalendarza
Trudno nie przyznać – ładny mężczyzna
Choć się postarzał
Lecz całkowicie by nie spierniczeć
I odejść z wdziękiem
Na życia jesień pakuję w kieszeń
Mądrą piosenkę

Omijam lepki półmrok barów i traktierni
wysokich stołków amfilada mi się kłania
Trzydziesty czwarty już przywitał mnie październik
i po raz pierwszy zbaraniał

Poznałem smukłych szyjek wdzięki i sekrety
nitki Ariadny które z czasem tworzą sieci
w gąszczu toastów wciąż łudziłem się jak kretyn
że mi się uda wzlecieć

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
wszędzie daleko i łatwo popaść w katatonię
przy pełnym szkle puste rozmowy – to za mało
kiedy się wchodzi w dojrzałość

Mijam kobiety apetyczne jak czereśnie
które aż proszą się o lekcję anatomii
i proponują bym zapoznał się z ich wnętrzem
zmysłowym gestem dłoni

I czasem wchodzę tak po ludzku, by się ogrzać
by się zapomnieć w czyichś słowach, czyichś ustach
gdy się odkrywam – one stają się ostrożne
znikając w zmarszczkach lustra

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
do brudnej szyby płaskie życie przyklejone
krąg miałkich zdarzeń mnie otacza jak obłok
i coraz głębsza samotność

Więc tylko sztuka wciąż ratuje przed odejściem
chodzi na palcach, by nie każdy mógł usłyszeć
i coraz częściej modlę się milczącym wierszem
bo sztuka lubi ciszę

Zbiegają z półek papierowi kochankowie
porwane wątki dobiają do swych brzegów
i odpływają w świat spod wpół przymkniętych powiek
a mnie już nic do tego

ref.
Po drugiej stronie, po drugiej stronie
rodzi się życie po słowie: koniec
Poeci milczą w niebo swój niepokój
tę piątą porę roku

Od lat dwudziestu z okładem
życie pozbawia mnie złudzeń:
kobieta, z którą się kładę
tą samą jest – gdy się budzę.

Wszak szans jest raczej niewiele,
że w jednym miejscu i czasie
w konkretnym, mniej więcej, celu
tą samą wciąż spotyka się.

Po nocy jeszcze się łudzisz,
gdy jesteś po dwustu gramach.
Nic z tego, kiedy się zbudzisz
nad ranem, patrzysz – „Ta sama!”

A myślę, że w sprzyjających
okolicznościach przyrody
ożywić mógłby mój pejzaż
obiekt ciut mniej zabytkowy…

Być piękny, smukły i lśniący,
zawsze otwarty – tu haczyk:
dla wszystkich zwiedzających –
więc również i dla rogaczy.

Przyznaję, mogło być gorzej,
wizja szatańska się wdziera,
budzę się niczym w horrorze
i widzę Leszka Bergera

lub koszmar z Ulicy Wiązów,
z grubą tapetą, choć w stringach,
ujawnia się dość rozwiązłą
blondyną po trzech liftingach.

Już lepszy niż ta loteria
szept, co do szału podnieca:
„Jestem dziś dzika jak preria!
Podrap mnie, stary, po plecach”.

I żadna świtu odmiana
w bliskiej przyszłości nie czeka.
Choroba lepsza – gdy znana
I zaoszczędzę na lekach

Ze swą głową mam ciągle na pieńku
i oszczędza mnie jeszcze rozsądek
w mej koronie już tylko cierń lęku
czy zdążę, czy zdążę

Wy mówicie że stoję na rogu
że się życiem wycieram jak szmatą
ale sztuka życie – dzięki Bogu
to dwie części mego poematu

Chcesz być ze mną zatrzymać do rana
chcę być z tobą bo czas mi się dłuży
co ja zrobię że ze mnie kochana
nie najlepszy towarzysz podróży

W tych wędrówkach nie mamy przyjaciół
jeden ogień co grzeje to w sobie
aby zyskać musimy coś stracić
nic już nie mów
i ja nic nie powiem

Rano trochę się dziwię że jestem
Szukam nitek na plecach i szwów
Wszystko wprawia mnie w zachwyt, bezwstydne zadaję pytania
To wokoło to chyba powietrze
A we mnie apetyt i bunt
I zbyt wcześnie na lęk, gdy niczego mi świat nie zabrania

Jeszcze puls gra miarowo, ta ta ta ta ta ta
Całe życie przede mną jak książka
Bardziej sercem niż głową
Bardziej prawda niż gra
Łza jest słona a miłość gorąca
Tylko puls coraz prędzej mnie gna
Ta, ta, ta, ta ,ta, ta, ta, ta, ta
Pierwsza naga dziewczyna
A dopiero zaczyna
A dopiero zaczyna się gra

W środku dnia na głos krzyczę, że jestem
„spójrzcie na mnie, oddycham i trwam,
wszak to ja – punkt ciężkości, beze mnie się nic nie porusza”
Kiedy śpię świat zapada na sjestę,
Wszystkie myśli zwijają swój kram,
Na mdłą rzeczywistość wyświetla was moja dusza.

Wdech i wydech, alkohol, patataj, patataj
I zranione głęboko kobiety
Jeszcze fruwam wysoko i mam w sobie ten haj
I południe mnie wciąga jak etyl
Sam dla siebie, alkohol i haj
Patataj, patataj, patataj
W nos się śmieję kostusze
I gram z diabłem o duszę
I gram z diabłem o duszę, dla jaj!

Popołudnie już tonie w półcieniach
Nic już nie jest jak dwa razy dwa
Miłość wiele ma imion, papierowy gdzieś zginął żołnierzyk
Każda wiara ma swoje zwątpienie
Każde dobro tak blisko od zła
Słodkie kłamstwa się piętrzą jak sterta nie zmytych talerzy

Szukam w księgach i gwiazdach,
w świecie magii i liczb
widz absurdu w kosmicznym teatrze
każda miłość za ciasna
sztuka zmienia się w kicz
każda myśl nim zapłonie – już gaśnie
Szukam w ludziach
Choć tyle w nich słów
Świat w kieliszku topnieje jak lód
A kobiety –motyle
Przecinają jak sztylet
Pusty pejzaż, znikając za róg

W końcu wieczór leniwy jak kotka
Do ogrodu milczeniem się wkradł
Świat kamieni zaprasza i trudne mnie wabią podróże
Każda klęska wydaje się słodka
Żagle wciąż rozpostarte na wiatr
Płomień cichej miłości uparcie opiera się burzy

Na duszy już przeklętej czerń
jak jasny grom w słoneczny dzień
na oczy w których nic nie było
Pewnego grudniowego dnia
zdarzyła się dziewczyna zła
zdarzyła się ta późna miłość

A w kruczych włosach miała wiatr
i po podbródku ciekł jej świat
łowiła chciwie słów zawiłość
A obok jej frywolnej gry
kręciła wolno się, na trzy
zdumiona sobą – późna miłość

Lecz za późno już
pajęczynę snuć
wyobraźni pęka nić
zimne noce, puste dni
Trudny czas na miłość

Gdy ciemną miłość zsyła ci
szaleństwo co popija gin
i pożar myśli krew roznieci
Nadziei opiekuńczy wiatr
otwartym sercom – mim strat
dodaje sił – a zmiata wokół śmieci

Dziesiątego listopada
bez widomych znikąd znaków
chciał poeta drugorzędny
doszlusować do chłopaków

Jeszcze radził się znajomych
i zasięgał informacji
Trudny wybór – bo do jakiej
tu się wpisać generacji

Już pistolet miał po Stasiu
na wypadek, gdyby weszli
dla zasady nawet spłodził
parę nawiedzonych wierszy

A tymczasem pilnie wkuwał
czystą formę, z marnym skutkiem
a że myślał też o treści
pijał z dziwką czystą wódkę

Dwudziestego, jak u Bursy
zaczął cierpieć za miliony
lecz nie długo, bo miał właśnie
cztery pilne felietony

A felieton głupie bydlę
i tematów nie wybiera
raz się modli za papieża
drugim razem za premiera

I co wieczór w Kameralnej
pragnął zwęszyć trop przeszłości
drugorzędny brnąc w ślad Hłaski
pierwszorzędnie go uprościł

„Pic z tą całą cyganerią!
wstyd chłopakom spojrzeć w oczy
Dno się, musi, obniżyło
i nie sposób wprost się stoczyć

Trzydziestego włożył krawat
i naprawiać zaczął mosty
ale już nie znalazł rzeki
w brzegach które chciał połączyć

Tak, to prawda, wstyd powracać
i makijaż zmywać z twarzy
więc cóż lepsze – leczyć kaca
czy nauczyć się nie marzyć.

Tu ni lekarz nie pomoże ni alkohol
Już nie wraca, kto raz wdepnie za głęboko

Wypadło ci, mój synku, żyć
w tej cichej kołysance
Nawlekam ją na dźwięczną nić
po której tańczą palce

Wypadło ci, mój synku, spać
w zmęczonej mojej głowie
i jak poezja i jak sen
wymykasz się spod powiek

I wciąż ta sama, synku mój,
i wciąż ta sama trema
Znów po północy zgrzyta klucz
Znów jestem, choć mnie nie ma

Po drugiej stronie rzeki płynie jej ciemny nurt
A rzeka wciąż jest w drodze a rzekę wciąga wir
Wciąż zaręczona z brzegiem uśmiecha się jak człowiek
Już wie że musi płynąć choć ma tak mało sił

ref.
Pamięta źródła przejrzyste i gorące
Strumienie jak warkocze splatają się w jej nurt
Pamięta dokąd płynie jej czas to dotyk ręki
Jej myśli to rybitwy a śmierć to morska sól

I ziemia jej nieobca i niebo czasem mieszka
Zdradzonym półksiężycem w jej zakochanych snach
I wciąż w tej samej wodzie z zdziwionych oczach dziecka
Przegląda się, przemija, odradza się i trwa

Spadamy w dół, spadamy w dół i zastawiony łeb jak stół
w lombardzie, świat dla niego się nie rusza
Spadamy w dół, idziemy w bok, bo tam na górze straszny tłok
a w zdrowym ciele ciągle mieszka chora dusza

Choć jeszcze oddech, jeszcze bieg, spadamy w dół kaskadą rzek,
by jak najszybciej nam ukazał się ocean
A rzeka pręży się i gnie, jak struna chcąc powiedzieć, że
tam gdzie płyniemy niepotrzebne są trofea.

Trochę nam tych błyskotek żal, bo w końcu to maskowy bal,
nerwowy skurcz, oko spoczywa na walizkach
Tu tylko sobą trzeba grać, ”już na nas czeka leśna brać”
i już pod stopą tańczy krawędź od urwiska

Jeszcze papieros, jeszcze łyk, za tobą tylko trochę mgły,
kobiety , szampan, pudełkowa perspektywa
I tylko śmieszy jedna myśl, że najpierw trzeba mieć, by być.
no, jak się miewasz, gdy nie jesteś, tylko bywasz.

Spadamy w dół, choć może to najostatniejsze czarne dno
jeszcze nierychło są roztoczy aureolę
i nim ostatni zabrzmi marsz wystawiam uczuć przednią straż,
gdyż awangarda zmysłów wyprowadza w pole.

Spadamy w dół, spadamy w dół, zapach dzieciństwa, aura snu,
jedynie z dołu szlak ku szczytom widać jaśniej
Na piasku wyżłobiony ślad, krater młodości, bruzda lat
Istnieje ślad i żadna fala go nie zatrze…

Świat do składania – model uproszczony
„Może kupimy ” – zwracam się do żony
Mnóstwo gadżetów, zabawa, że hej
Producent dokłada klej…

Świat do składania w osobnych przegródkach
I na obrazkach instrukcja dla głupka
Kto by tam czytał – tu zegnij, tam sklej
Producent dokłada klej…

W nowym pudełku stare elementy
I dziś w promocji – aureole świętych
Gdy brak ci forsy – sklep na raty da
Najważniejsza w końcu gra

Na zwiędłą miłość niebieska pigułka
I politycy na cieniutkich sznurkach
Z gumy sumienie, z plasteliny sąd
I w aerozolu swąd

By się pobawić mogło każde dziecko
W kilku kolorach klon Mikela Jacksona
Jak to prototyp – nieco pęka w szwach
Nowy model już na dniach

Wszystko pasuje i jak ulał leży
A zwłaszcza ciała dzieci i żołnierzy
Miotacz z tektury i po bombie lej
Producent dokłada klej

Nawet wierzących nie ogarnie trwoga
Bo w wielkim pudle nie zabrakło Boga
Jezus z lateksu i na wino dzban
Na breloczku Chrzciciel Jan

Chytra przystawka zdobiona misternie
By móc komunię przyjąć przez internet
Z niepokalanego poczęcia klip
Oraz na zbawienie czip

Dla komunistów, co już prawie święci
Twarze na zmianę i moduł pamięci
Kostka plastiku, łatwopalny mnich
Świat w promocji za pięć dych

Bawię się świetnie choć tracę nadzieję
Że mi się uda nie ubabrać klejem
Świat z silikonu klei się do łap
A zmywacza w pudle brak

Wśród tego śmiecia – jeśli się potrudzisz
Znajdziesz też kilku najprawdziwszych ludzi
Łatwo się psują, wciąga ich jak lej
Wszechogarniający klej

Cwany producent, aby nas nie złościć
Sprytnie zataił termin przydatności
Świat do składania dwa tysiące pięć
Zagraj z nami, gdy masz chęć

Twoje słowa jak z papierowej mgły
twoje oczy jak dwa lusterka
jak co rano zamykasz cicho drzwi
by nie słyszeć skrzypienia serca
Znamy każdy swój gest
smak uśmiechu i łez
rozkład jazdy na całe życie
Szczęście ma szary kolor, gdy już jest
mdłą słodyczą spełnionych życzeń

I choć kocha cię jak umie
dusza moja głodna
nie ma we mnie ognia, miły
nie ma we mnie ognia

Choć się jeszcze nie dotliła
uczuć mych pochodnia
nie ma we mnie ognia, miły
nie ma we mnie ognia

Coraz mniej między nami tanich słów
do spojrzenia się świat uprościł
każdą radość dzielimy tu na pół
i tulimy, gdy zło zagości.
Szara miłość już wie
że nadejdzie ten dzień
kiedy w szklarni dojrzeją dzieci
Szczęście ma szary kolor naszych serc
co w ciemności czasami świeci

W popękane wiatrem żyto
Słów powszednich wchodzi rzeka
I uśpiony świat kołysze
Ciszą kłosów nocna przepaść

Uwysmuklić się w twych żyłach
I na palcach stać przy tobie
Chwytać z żagwi twoich włosów
Traw skoszonych zbiegły ogień

I z niewysłowionej grozy
Pożeglować w drzew zaklęcia
W małych twoich dłoni pejzaż
Popękany od konarów

Lecz namowom nieposłuszny
Sercem dzikim od wyrzeczeń
Zbiec z ogniska twego ciała
W popękane wiatrem żyto

W środku tyle ciszy mam
Kto usłyszy – temu dam
Ciszy chłodny jedwab
czarne myśli przegna
Niepotrzebna zniknie mgła

Uciec mogę – miejsca znam
od krzykliwych miasta bram
ty mnie ciszo prowadź
gdzie nie ranią słowa
namiętności cichnie wiatr

ref.
Spokojna jak błękit nocy
Wychodzę na łów
Półksiężyc twej ręki
Drogę wskazuje bez słów
Spokojna jak błękit czekam
W półmroku i trwam
Zamienia się w dźwięki
Serca niepokój i strach

Tyle ciszy we mnie drży
choć muzyka nadal brzmi
ciszą roztańczona
płynę w twych ramionach
w wirze rozpędzonych dni

Mojej ciszy stały ląd
bystra rzeka zwalnia prąd
Wszystkich którzy w biegu
wita z mego brzegu
cichy i uśpiony port

Rafy moich słów w sztormowe dni omijaj
bo moja miłość wie i cichsza jest niż słowa
Ustał gniew, zanosi się na przyjaźń,
poczekajmy, gdy zawieje zmysłów wiatr

Jeszcze drży w powietrzu twoja senna słodycz
twój jeden gest wynosi mnie ze zgiełku
Dźwięcznej melancholii wabią znów ogrody
i bezsensowny dotąd staje czas

Ref.

W tym pędzie nieprzytomnym
samotni nieznajomi
kradniemy pocałunki
nim warg wygasnie płomień
Samotni i zmęczeni
schodzimy już ze sceny
Nienasyceni światem
sobą nienasyceni

Trudno się odnaleźć w krętych korytarzach
łokciami się rozpycha w nas za ciasna dusza
Choć już wszystko było – nic się nie powtarza
i chciałoby się jeszcze trwać i trwac

Ech,tak się zanurzyć w życia rwącym prądzie
zachłysnąć się, rozpłynąć w grzesznym wniebowzięciu
Mijam niepotrzebnie, znikam tak niemądrze,
że nawet się uśmiechnął stary walc

Odchodzimy do siebie i jak zawsze zdumieni
że odmienił nasz czyjś dłoni dotyk
Odchodzimy bezradni poprzez zieleń swych źrenic,
przez milczenie strzeliste jak gotyk

Ref.
Kocham cię nieprzytomnie
przez świtu uchylone drzwi

Odchodzimy do siebie i nikt o nic nie pyta
Cisza planet nam ciała oplata
Ty się starasz uśmiechać beznadziejnie szczęśliwa
niemych wyznań unosi się zapach

Ref.

I wciąż tyle powrotów i mijania się z sobą
na swą miłość patrzymy bezradnie
jak złączone nadzieją, chociaż zawsze osobno
na dwóch brzegach świecące latar

Wejdź ze mną po tych schodach
szkoda zbędnych słów
Dopóki jestem młoda
jak księżyca nów
Dopóki świat zaprasza
wejdź w chłodny mrok poddasza
gdzie usta pragną innych ust

Wejdź ze mną po tych schodach
by powiedzieć: tak
gdy ci obrączkę podam
na nasz wspólny szlak
Bądź blisko, wyjdź naprzeciw
gdy będę rodzić dzieci
i tworzyć ich dziecięcy świat

ref.
Na dzień, na drogi złe
na noc, na krótki sen
niech płynie nasza woda
niech ścichnie gniew
Gdy czerń roztoczy płaszcz
gdy mój usłyszysz płacz
wejdź ze mną po tych schodach
wejdź

Wejdź ze mną po tych schodach
kiedy pierwsza łza
gdy uczuć niepogoda
nasz zasnuje sad
nim szminki jej arszenik
smak twoich warg odmieni
i zgasi naszych uczuć żar

Wejdź ze mną po tych schodach
gdy siwizny ślad
I nie mów, że ci szkoda
utraconych lat
niech starość cię nie złości
gdy tyle w nas miłości
i w oczach tli się dawny blask.

ref.
Na dzień, na drogi złe
na noc, na krótki sen
niech płynie nasza woda
niech ścichnie gniew
Gdy czerń roztoczy płaszcz
gdy mój usłyszysz płacz
wejdź ze mną po tych schodach
wejdź

Wejdź ze mną po tych schodach
gdy przypłynie noc
na życia antypodach
ze mną, proszę, bądź
Tak w smutku i w zachwycie
przeżyjmy z sobą życie
bo w końcu o to chyba szło…

Wylatują nad miasto poeci
chociaż żony zamknęły im skrzydła na kluczyk
Taki to i bez skrzydeł poleci
stuknie głową w horyzont, polata i wróci

Wanna pełna białego szampana
czujnie śledzą poetów wielkie oczy z rosołu
wszystkie lustra zalane od rana
załamane są nawet już nogi od stołu

Mądre oczy ich kobiet o świcie
jak latarnie wskazują im drogę do domu
Oni milcząc – tłumaczą im życie
oraz wiersze o których nie mówią nikomu

Nie pomylcie takiego z latawcem
gdy wyleci nad miasto z nudnego bankietu
Proszę was, poczęstujcie ich ciastem
Proszę was, nie strzelajcie do takich poetów

A może we mnie znowu rośnie las
Spalony las tysiąca twarzy
A każda twarz zdarza się raz
I nigdy już się nie wydarzy

Więc dopóki nawija się nić
Niech szumią we mnie liście
To przecież takie proste – być
Choć takie trudne istnieć

Na ściętym drzewie
Nie widzę słoi
Za blisko drzewa
Za blisko stoisz

A może we mnie znowu płynie rzeka
I myśli czysty strumień
Co dokąd płynie – nie docieka
Który nie musi wciąż rozumieć

Czy pozostanie wąwóz czy szczelina
Czy tylko ludzki piach
To w końcu nie tak ważne – gdzie dopłynę
Wiele ważniejsze – jak

A fale giną
W przybrzeżnej trzcinie
Za blisko brzegu
Za blisko płynę

Ponoć istnieją kolce bez róży
Tak jak istnieje miłość bez słów
Dziękuję że zostałaś dłużej
Na kilka wspólnych snów

A czas zaciera rysy naszych twarzy
Miłości topi lód
Zimne spojrzenie może sparzyć
Odbity w szybie chłód

A miłość tonie
A miłość boli
Za blisko szyby
Za blisko stoisz

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić komfort korzystania z Internetu
Explore
Drag