Skip links

Jaromir Nohavica

Tajemniczą twarz
ma mój anioł stróż
Wierną pełni straż
strzegąc mego snu

Widzi wszystko, co uczynię
i bym nie spadła dba
W dobrych chwilach i w złej godzinie
Swą dłoń pomocną da

Ten mój anioł stróż…..

Ciężki ze mną los
Ma mój anioł stróż
Śmieję mu się w nos
Choć stale jest tuż -tuż

A gdy już spotkam go w obłokach
Dzięki – rzeknę mu
Że nie spuszczał ze mnie oka
Ten urzędnik z chmur

Gdy noc na duszę spadnie niczym głaz
I pustoszeje serce
Amor swym skrzydłem muśnie mą twarz
Ale w górę z nim nie wzlecę
Bo spadłbym na dół, na betonowy plac
Gdzie zginąłbym niechybnie
Bez ciebie nocą jestem tak sam
Jak anioł ze złamanym skrzydłem.

Noc jak pierzyna – ciężka od gwiazd
Pociągi słychać z oddali
I każda chwila wiecznością się zda
Dopóki się nie wypali
Gdy zakochane koty się drą
W duszy tęsknoty morze
A kto raz oczy zamknie w tę noc
Ten ich nigdy nie otworzy.

A gdy już w mroku tonie cały świat
Uporczywie myślę o tym
Gdzie bym gorące dłonie swe kładł
I co chciałbym robił potem
I spadłbym na dół, na betonowy plac
Gdzie zginąłbym niechybnie
Bez ciebie nocą jestem tak sam
Jak anioł ze złamanym skrzydłem.

Nad ziemią w bliznach okopów latają wrony,
dżdżownice po deszczu wylazły z podziemnych bruzd.
Mężczyźni zastygli na miejscu,
niepewność zawisła w powietrzu
I który z nas to bohater, a który tchórz?

Sercu, co wali jak młot, kazać cykać miarowo.
Czapkę ozdobić wachlarzem z bojarskich piór.
Trafionym już mówić nie muszę,
że mam na ramieniu swą duszę
I nie wiem, czy bohater ze mnie, czy też tchórz.

W kieszonce plecaka zawsze mam zdjęcia swych bliskich.
Na północ, a nie na południe obrano kurs.
Szaleństwo nad nami plon zbiera,
a ja jeszcze nie chcę umierać,
ani jak bohater, ani też jak tchórz

Przeklęta era miłości i nienawiści
Dotknij i bierz – mówił Faust – przeszkody krusz.
Po dłoni pełznie dżdżownica,
a ja jeszcze chwytam się życia,
trochę jak bohater, a może i jak tchórz.

Odwagi mam dość, choć skulona, przeczekać chce w błocie,
maleńki wierzchołek rozległych lodowych wzgórz.
W oczach mam rozpacz – więc krzyczę,
gdzie jest, gdzie jest mój zbawiciel,
który mi powie, że bohater ze mnie, a nie tchórz.

Gdybym się urodził przed stu laty
w moim grodzie
U Lariszów dla mej lubej rwałbym kwiaty
w ich ogrodzie.
Moja żona byłaby starsza córką szewca
Kamińskiego, co wcześniej we Lwowie by mieszkał.
Kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście.

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu,
w kamienicy Żyda Kohna,
najpiękniejszą z wszystkich cieszyńską perłą
byłaby ona.
Mówiąc – mieszałaby czeski i polski,
szprechałaby czasem, a śmiech by miała boski.
Raz na sto lat cud by się dokonał,
cud się dokonał.

Gdybym sto lat temu się narodził
byłby ze mnie introligator
U Prochazki bym robił po dwanaście godzin
i siedem złotych brałbym za to
Miałbym śliczną żonę i już trzecie dziecię,
w zdrowiu żył przez trzydzieści kilka lat na tym świecie
I całe długie życie przed sobą,
całe piękne dwudzieste stulecie

Gdybym się urodził przed stu laty
i z tobą spotkał
U Lariszów w ich ogrodzie rwałbym kwiaty
dla ciebie, słodka.
Tramwaj by jeździł pod górę za rzekę,
słońce by wznosiło szlabanu powiekę
A z okien snułby się zapach
świątecznych potraw.

Wiatr wieczorami niósłby po mieście
pieśni grane w dawnych wiekach.
Byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć,
za domem by szumiała rzeka.
Widzę tam dzisiaj nas – idących brzegiem,
mnie, żonę, dzieci pod cieszyńskim niebem.
Może i dobrze, że człowiek nie wie,
co go czeka.

Czego nie mam – nie mogę ci dać
orlich skrzydeł nad szczeliną ciemną
jeśli wątpisz w namiętność moich warg-
-lepiej skarć mnie – ale zostań ze mną

Co poza mną – nie jest w mocy mej
prędzej z wodą da się zgodzić ogień
Dziś po trzykroć płacę za swój grzech
Lepiej skarć mnie – niżbyś miała odejść

Czego nie mam – już nie będę mieć
jak pustyni nie porośnie puszcza
Jeśli myślisz, że możesz zmienić mnie-
-lepiej skarć mnie – ale nie opuszczaj

Z Wiednia na wozie mnie przywieźli pewnej zimy

Na brzeg Wełtawy w zaspę śniegu wyrzucili

Do szpiku kości przemarznięty – czułem głód

Czeski wyżeł – der tchechische Hund.

Haf, haf.

I każdy, kto mnie ujrzał wnet odwracał głowę,

jedynie pański stangret w końcu się zlitował.

Z kozła zawołał: „Hejże, młody, jeśli masz choć trochę sił

spróbuj wskoczyć”, więc wskoczyłem , będę żył.

Haf, haf.

W stajni od koni biło ciepło, choć na dworze skrzypiał śnieg,

„za parę kości, miskę wody będę pana, hrabio, strzegł”.

Bracia wilki węszą w lesie tropy łań,

ja waruję u drzwi, całkiem sam.

Haf, haf.

Bez rodowodu, bez imienia i obroży,

do swoich mi daleko, z panem nie po drodze

Na pozdrowienie nie odpowie, bo to graf,

choćbym wył z całych sił – haf, haf.

Mijają lata, staram uczyć się wdzięczności,

gdy pan pogłaszcze, gdy pochwalą mnie jejmości.

Już i woźnica pod Verdun zaginął gdzieś,

a ja wyję do księżyca, bom pies.

Haf, haf.

Gdy pod listopad znów usłyszę z lasu strzały

i będą spadać do jeziora kaczki białe,

ja w głębi psiego serca znów poczuję zew,

gdzieś bym biegł, gdzieś bym biegł, tak biegł…

Haf, haf.

Za rok lub dwa, a wiem, wypadnie w końcu na mnie,

Na grobie mi połóżcie mały czeski kamień.

Już człowiek brak nagrobka mógłby ciężko znieść,

a cóż pies, a cóż dopiero pies…

Słyszałem jego krok
Wzdłuż mojej kamienicy
Utkwiłem chciwy wzrok,
gdy kroczył po ulicy

Chorałem flet mu brzmiał
donośnie – niczym dzwon
I był w tym cały żal
i czerń tysiąca wron
I wtedy zrozumiałem
nagle – że to on
że to on

Na boso zbiegłem w dół
wyszedłem mu naprzeciw
W podwórzu głodny szczur
buszował w stercie śmieci

Przy bokach ciepłych żon
gdzie chuć z miłością śpi
wtuleni w kołdry schron
rodzinny grali film
A ja tak chciałem znać
odpowiedź – dokąd iść
dokąd iść

Po bruku gnałem w dół,
żeby mu zabiec drogę
Miał płaszcz z wężowych skór
i wokół wiało chłodem

Obrócił ku mnie twarz
Swe oczy pełne wron
A blizny dawny blask
skrywały niby szron
I wtedy zrozumiałem nagle, kim był on
kim był on

Ze strachu ledwo szedł
i słaniał się jak kloszard
Do ust przykładał flet
od Hieronima Boscha

W niebie się księżyc tlił
jak lampa w ciemną noc
jak mój sumienia krzyk,
gdy rzyga schlane w sztok
I że to jest Darmodziej
czułem że to właśnie on
właśnie on

Mój Darmodziej, miłość gra, wierny naszym losom
Bard, który zna wszystkie sny i przemyka nocą
Mój Darmodziej, słodki grzech z jadem pod językiem,
Gdy sprzedać chce to co ma – igły ze słownikiem.

Przez miasto wczoraj szedł
ot – zwykły domokrążca,
A drogi jego kres
znaczyła krwawa wstążka

Flet jego wziąłem ja,
a brzmiał mi niczym dzwon
i był w nim cały żal
i czerń tysiąca wron
I wtedy już wiedziałem,
że ja to on
ja to on

Wasz Darmodziej, miłość gram, wiernym waszym losom
Bard który zna wszystkie sny i przemyka nocą
Wasz Darmodziej, słodki grzech, z jadem pod językiem
Gdy sprzedać chcę to co mam – igły ze słownikiem.

Znowu mi się zdaje, jakbym bił głową w mur
Przeszłość, nie poradzisz nic, uwiera jak sznur
Co przyniesie jutro – kto to wie?
Zajrzeć za kotarę nie da się…

Zwrotka refren, zwrotka refren – płyną od lat
Czy to głos syreny czy do odwrotu znak?
Upstrzone gwiazdami niebo lśni
A moja Małgosia pośród nich
Ref.
Dobrze jest, tak jak jest
Dzięki, życie, za twój gest,
Za to, co spotkało mnie
I też za te fusy co zostały mi na kubka dnie

Wiatr przynosi raz pogodę , a raz deszcz
Ale nikt nam nie zabierze skrywanych łez
Bo wie ten, kto je policzyć mógł
Że w miłości nie ma prostych dróg.

Nasze słowa łatwopalne jak suchy chrust
Trudno je zatrzymać, kiedy już padną z ust
Wokół tylko chwasty i piach
A człowiek chciałby więcej, niźli ma
Ref.
A z oddali już żniwiarzy słychać głos
Poczekajmy, chłopcy, co przyniesie nam los
Czy to potrwa miesiąc czy rok
Zanim na nas swój skieruje wzrok

Całe życie w cyrku, wiem już dobrze w co grać
Głupców mijać z dala, z niepogody się śmiać
I czy ta kawa słodka czy mdła
Wypić każdą kroplę aż do dna
Ref.
Dobrze jest, tak jak jest
Dzięki, życie, za twój gest,
Za to, co spotkało mnie
I też za te fusy, co zostały mi na kubka dnie
Dobrze było, dobrze jest
Dzięki, życie, za twój gest,
Dobrze jest… No i cześć

Z Cieszyna co kwadrans pociągi ruszają w świat
Nie spałem od wczoraj i dziś nie będę się kładł
Medard – mój patron – postukał się w czoło i zbladł,
Lecz – dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Na drogę bułka i słone paluszki – jak lord
W sercu mam miłość, a w głowie piosenek ze sto
Ze szkoły wiem, co przystoi i co czynić mam,
Bo – dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Bilet z podróży w albumie przytwierdzam na klej,
Ruszyłem przed chwila, a gdzie dojadę – kto wie?
Mozaika świata za oknem się mieni jak kram
Bo – dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Drogo się płaci za błędy – a coś o tym wiem
Buja nas życie, zakręty skrywają nam cel
I choćby sępy nade mną – gdy passa jest zła
To – dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa

Z Cieszyna co dzień pociągi na skraj świata mkną
Halo! Jesteście tam, ludzie? – czy słyszy mnie kto?
A z dali chór głosów taką odpowiedź mi da,
Że – dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Widziałem dziś dzikie konie
jak biegły poprzez mrok
W krąg unosiła się woń tytoniu
niczym smog.

W galopie bez uzdy, w galopie bez siodła,
przez rzeki, pośród gór.
Diabeł wie, jaka tęsknota je tu wiodła
w tuman chmur.

Może przestwór nad przestworzem
albo wieczności pył.
Nie umieraj wiaro, fruń jak orzeł,
gdy dość sił.

Słodka woń klaczy syci nozdrza,
jezioro brzegiem tnie.
Pożądanie to pieśń wieczorna,
dzika pieśń.

Rozpuszczają włosy trawy
i stają w jeden rząd.
Król ze świtą nad zbójcami krwawy
czynią sąd.

Chciałbym jak dziki koń gnać, biec po lesie,
nigdy nie wracać już.
Handlarzom koni – wara! niech ich niesie
drogi kurz.

Widziałem dziś dzikie konie…

Niedziela, piąta pięć
stadion Banika
Dwa piwka wprowadzę –
-lubię przykirać
Nie gap się, frajerze,
bo bedzie kicha,
jak który mnie wkurzy
dostaję świra

Sie stoi, no bo jak
Nie pchaj się, wale!
Spartanie, hak wam w smak!
Ostrawa, dalej!
Całe trybuny wrą,
te, zamknij paszcze!
Witamy. vivat sport,
a futbol zwłaszcza.

Na rogi zero trzy
lecz nie ma gola
Skoście go, chłopaki!
Liga to liga.
W robocie druga zmiana,
więc żem to olał,
hej, koleś, nie zasłaniaj!
Dajcie dwa piwa.

Trawa zielona jest,
hej, sędzia, czyś pan ślepy?
Ostrawa dalej, fest,
Nasz Kula gra najlepiej
Dychę za bilet chcą,
więc im pokażcie!
Witamy, vivat sport,
a futbol zwłaszcza.

Gdzie leziesz, łachmyto
Chovanec – kartka
Ale mu sprzedał sito!
Walcie na bramkę!
Dokopcie Prażanom,
chromolić Spartę!
Po trupach, iść na całość –
pięć żółtych kartek

Ja razem z kibicami,
bo w końcu to mój klub.
Spalony ?– nie ma bramy?
Sędziemu rozbić dziób!
Już autokarów rząd
stoi na kapciach.
Witamy, vivat sport,
a futbol zwłaszcza.

Ty łajzo, zamknij twarz,
no ty, w tym ortalionie,
gówno się na tym znasz,
znalazł się, kurna, Boniek
Mógłbyś już cicho siedzieć,
nim coś się stanie,
a w ogóle – wypad, zgredzie,
bo strzelę w banię!

Po meczu, oczywiście,
pije kto umie pić
Hej, kelner – można szybciej,
sześć wódek, ino w mig!
Partacze, niech ich czort,
skopać im kuper!
Witamy, vivat sport,
futbol jest super

Gdy jutro skoro świt pod mur postawią mnie,
jeszcze ostatni raz, za zdrowie, wódkę wypić chcę
i przepaskę z oczu zdjąć, aby w nieba spojrzeć gładź
i wspomnieć jeszcze raz twą ukochaną twarz.

Gdy jutro skoro świt zawita do mnie ksiądz,
niech wie, że nie spieszno mi do obiecanych rajskich łąk,
tak żyłem, jak Bóg dał i niech dopełni się mój czas,
a com nawarzył – sam wypiję, aż do dna.

Gdy jutro skoro świt porucznik powie: pal!
szkoda będzie mi tych chwil, gdym był z dala od twych warg.
Jeszcze słońcu powiem: cześć, a potem zacznie mi być żal,
że dalej sama musisz iść, kochana, przez ten świat.

Gdy jutro skoro świt bieliznę pójdziesz prać
i siano stawiać w stóg – ja pod ścianą będę stać.
Więc w ogień dorzuć drew i smutek w sobie skryj,
proszę, pamiętaj mnie, pamiętaj mnie i żyj.

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
A stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem,
to wyjdzie długi pochód mych żałobnych gości
na Śląską Ostrawę po Sikorowym moście

Gdy odwalę kitę
To będzie w pytę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę

A że wszyscy mi są bliscy, to niech dzisiaj się uraczą,
niechaj rżnie muzyka, wino płynie, moje baby płaczą.
I tak jak w robocie nie dawałem ciała –
chcę, by moja stypa była jak ta lala,

Niech będzie w pytę
Cudna, fajna i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Co niektórych zwali w niezłej chwili, niech ja skonam,
wie coś o tym kochanica, tego, co był zszedł, Macdona.
Więc jeśli miałbym wybrać – w łóżku czy też w klubie –
niech mnie trafi w trakcie tego, co tak lubię

To będzie w pytę
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Jedną mam wątpliwość – zabrać Żywca czy Red Bulla,
żeby tam na górze nie wyjść na jakiegoś ciula.
Ja w każdym razie biorę piersiówkę starej starki,
bo starka nie zaszkodzi, gdy się nie przebiera miarki

To będzie w pytę …

Wiem, że Cię nie ma, Boże, ale w końcu gdybyś był tak
Daj mnie tam, gdzie dawno siedzi stary Lojza Miltag.
Z Lojzą razem w budzie u Orłowej, potem zaś na dole
fedrując w mozole, tu też daj nam wspólną dolę

To będzie w pytę …

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
a stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem –
wszystkie moje plany tak niewiele znaczą.
W sumie było nieźle, ludzie mi wybaczą

Gdy odwalę kitę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Gdy się kąpiesz w wannie,
myjesz sobie plecy
Złupiłbym starannie
twą istotę rzeczy…
Gdy się tak oddajesz wodzie,
chciałbym móc cię wziąć jak złodziej.

Myśl przekracza krawędź
przezroczystej ścianki
Piję drugą kawę
Nerwowo palę fajki
A za bardzo cienką ścianą,
słyszę, jak się mydlisz pianą.

Woda jak to woda
spokojnie sobie ciecze
Tylko dziko tęskni moja tęsknota
A czas się wolno wlecze
Fajka się dopala
Kawa stygnie
Krew się spienia.
Byłoby wspaniale
Gdyby serce popędliwe
Można mieć z kamienia.

Gdy się, miła, kąpiesz,
myjesz sobie plecy,
świat staje na głowie
i wszystko z rąk mi leci
Gdy ujrzę ciało twe półnagie –
wszystkie pieniądze oddam za odwagę.

Woda jak to woda …

Tak chciałem ci powiedzieć, moja ukochana
że na tym świecie ty jedyna mi zostałaś
chciałem najprościej wyznać ci, żeś miłością moją
ale się boję, zwyczajnie boję

W słuchawce cudzy oddech, ściany mają uszy,
brudnymi buciorami włażą mi do duszy
ktoś tam po drugiej stronie ze mnie się szyderczo śmieje
Kochana –źle jest, po prostu –źle jest

Chcę tylko z tobą, być tylko z tobą blisko,
ale te hieny zrobią wszystko, by się do sypialni wcisnąć
ustrzelić, nago w pościeli
a wszystko dla mojego dobra i na chwałę ich kariery
Dziękuję ci, nasz Wielki bracie
co z górnych pięter gabinetu zza fotela możesz patrzeć
dziękuję ci, nasz Wielki bracie
nie myśl, że każdą dziurę na suficie wapnem da się zatrzeć

to już tu było
z tobą i bez ciebie
coś niecoś o tym wiem
zasrane STB
ja przecież wciąż pamiętam
tę grozę też pamiętam
te noce też pamiętam
te ranki też pamiętam
zakazy też pamiętam
spis nazwisk też pamiętam
tych ludzi też pamiętam
i siebie też pamiętam
i tchórzy też pamiętam
odważnych też pamiętam
milczących też pamiętam
i ciebie też pamiętam
kochana, też pamiętam

W gazecie odnalazłem własną podobiznę
zrodzony w komunizmie umrę w komunizmie
Na czatach kaci z maczetami już czyhają oczekując czystki
te same pyski, te same spiski

Ludzie się cieszą, to dla nich prawda prosta,
dobrze mu tak, wszak on wie, za co dostał
a jednym z wielu w tym nikczemnym tłumie, których zdjęła trwoga:
Vica noha, niejaki Vica noha

Chcę tylko z tobą, być tylko z tobą blisko,
ale te hieny zrobią wszystko, by się do sypialni wcisnąć
ustrzelić, nago w pościeli
a to przez wzgląd na moje dobro i na chwałę ich kariery
Dziękuję ci, nasz Wielki bracie
co z górnych pięter gabinetu zza fotela możesz patrzeć
dziękuję ci, nasz Wielki bracie
nie myśl, że każdą dziurę na suficie wapnem da się zatrzeć

to już tu było
choć miało inną twarz
wszystko powraca
i znów osacza nas
i wszystko znów jest tutaj
ta groza znów jest tutaj
te noce znów są tutaj
te ranki znów są tutaj
zakazy znów są tutaj
spis nazwisk znów jest tutaj
ci ludzie znów są tutaj
ja jestem znowu tutaj
i tchórze znów są tutaj
i prawi znów są tutaj
milczący znów są tutaj
ty jesteś stale tutaj
kochana, stale tutaj

My zrobimy z ciebie pajaca na nici
tititi…
my zrobimy z ciebie to, co z samych siebie
bebebe…
my zrobimy z ciebie lumpa i wyrzutka,
Królewnę Śnieżkę i krasnoludka,
my zrobimy z ciebie dostojnego Dalajlamę,
Vaclava Havla albo jego pierwszą damę,
my zrobimy z ciebie roboczego woła,
zaplutego diabła, jasnego anioła,
my zrobimy z ciebie Ragulina i Holika,
my zrobimy z ciebie znów alkoholika,
my zrobimy z ciebie ele mele dudki,
będzie ci do twarzy w koszuli z surówki,
my zrobimy z ciebie Jerrego i Toma,
żebyś się tu poczuł, jak we własnym domu,
przybijemy gwoździem do płotu jak psa,
tatata tatata tatata!

Jaskółko fruń
nad chiński mur
nad piach pustyni Gobi
Przez świata pół
znów przyleć tu
wróć na złość cesarzowi

Dziś w nocy śnił mi się sen
że ziarna ci wsypał
Ludwik van Beethoven.

Jaskółko nieś
serc naszych pieśń

Spytaj się ryb
jaki ich byt
flamingom nieś pytanie
Zazdrości jad
przysłania świat
i tyle piękna na nim.

Aż ujrzysz nad sobą cień –
– to sam pan Gagarin
uśmiech do ciebie śle.

Jaskółko nieś
serc naszych pieśń.

Jaskółko leć
nadzieję nieś
Trzy grosze mam w skarbonce
Pierwszy jest mój
drugi jest twój
trzeci dla wschodu słońca.

A kiedy zmęczy cię mgła
piórka ci ogrzeje
Maria Magdalena

Jaskółko nieś
serc naszych pieśń.

Nalewam wody do czajnika, włączam gaz
Zmielona kawa czeka w ulubionym kubku
Puściłem płytę Queen’ów –jeszcze raz
I świeci gwiazda na choinki samym czubku

Tańczą cienie na ścianach pokoju
Nie dogonisz, nie pochwycisz
W kołowrotku rwą się nici
Gdy kolędy –to lista przebojów
Jak się miewasz, Panie Jezu, jeszcze śpisz?

Cały świat czeka na jakiś boży znak
Gdy On tymczasem w gwiezdnych lata gdzieś przestworzach
Zza domu gdzie Cepelia brzmią dzwonki sań
Święty Mikołaj przebrał się za Dziadka Mroza

Z zamrażalnika mruga do mnie karp
Zapach konopi się unosi całkiem miły
Co do karpia –chyba poszedł spać
A ja z balkonu w ciemność krzyczę z całej siły

Każdy z nas niesie swe brzemię
Po ścieżkach lata ku zimie
Każdy z nas niesie swój garb
Gdy tak idzie przez świat

Czasami każdy z nas marzy
To znów ma smutek na twarzy
Bo nie wie nikt z nas
Co przyniesie mu czas

Nocny stróż otwiera bramy
Wiatr zabliźnia nasze rany
Po długiej nocy
Nadchodzi ranek
Warkocz komety w przestrzeń odleci
By po latach wrócić znów do naszych dzieci
Na ziemi dzieje się to
Co tam w górze pisane

Niech fale zmyją złe myśli
Niech spełni się to co wyśnisz
Niech wszystko co chcesz
Spadnie jak deszcz

Listonosz puka z uśmiechem
I mówi że będzie lepiej
Dziś już zapomniał
Od kogo to wie

Nocny stróż otwiera bramy …

Zdejmij swą koszulkę, ukochana,
noc jeszcze gwiazdami rozesłana
Do rana daleko, a do serca krok,
gdy nam od miłości omdlewa wzrok.

Wczoraj mi uciekłaś – dziś wracasz jak fala
Żaden wcześniej dla ciebie nie oszalał
Na wodzie, woduchnie taje już kra
Może nam być z sobą ten jeden raz?

Zdejmij swej koszulki poranny jedwab
Skąd do mnie, kochana, skąd żeś biegła?
O świcie czerwonym od pierwszej krwi
słodko drżą nam ciała i ziemia drży.

Mierzymy do siebie, mierzymy ja i ty
Wokoło cisza trwa, czasem szczekają psy.
Martwe motyle padły niczym kłos,
dzwoni deszcz nad równiną.
Nam dwóm ze wszystkich nie dozwolił los
po bohatersku zginąć.

Mierzymy do siebie, mierzymy ja i ty
Tylko granatów huk jeszcze nam w uszach brzmi.
Kostucha łypie na nas okiem złym,
poprzez dym lekko kroczy.
A w dwóch okopach tylko ja i ty
patrzymy sobie w oczy.

Mierzymy do siebie, mierzymy ja i ty
Spod łopat uciec nam udało się – jak nic!
W stu wielkich szturmach los w opiece miał,
tysiąc luf z dala grzało.
Dziś nas sto kroków dzieli albo strzał
Czy dużo to czy mało?

Myślimy o sobie, myślimy ty i ja
Z niezmiennych reguł gry zmieniamy co się da.
Wszak pożar wciąż się jeszcze w kraju tli.
Wzbrania coś – by wybaczyć,
bośmy nawzajem zabijali swych
przyjaciół oraz braci.

Nie wiemy prawie nic, nie znamy swoich zdań.
Powietrze pachnie krwią, oddech kaleczy krtań,
a odór śmierci bije z naszych ciał.
Pierwszy akt – trzy odsłony
A do przelania krwi zostało nam
sześć litrów z każdej strony.

Mierzymy do siebie, mierzymy ja i ty
Ospali, spragnieni, brodaci, głodni, źli
Szarzeje niebo i nadchodzi noc,
oczy są ciężkie jak granit
Nie można liczyć na pomocną dłoń,
gdy obaj zasypiamy.

Tak więc…
Mierzymy do siebie, mierzymy ja i ty
A gwiazdy lecą w dal, w przestrzeń z kosmicznej mgły
Obaj ku niebu kierujemy wzrok,
a ziemia tuli nas jak człowiek.
Płyniemy we śnie i po kroku krok
zbliżamy się ku sobie.

Uwierzyć w rewolucję w moim wieku już nie mogę
I z trudem pod kapturem skrywam swoją wielką głowę
I nie smakuje mi podgotowany ryż z torebek
W kieszeni aspiryna, gdybym kiedyś był w potrzebie
A przez igielne ucho, po mojemu, przejść nie zdołam,
Przez las gnam chyłkiem, by mnie nie dopadła wilcza sfora
A co z aniołem ? –gdyby ktoś wiedzieć chciał-
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…

Popiół na marynarce, krawat pokryty sadzą
Moje niezgrabne palce z supłem sobie nie poradzą
Gdy czasem mi do płaczu – szybko łzy połykam
I tańczę w zgodnym rytmie – dopóki gra muzyka
Mam w oczach kawał świata , wiele mi wpadło w ręce
A gdy mą trąbią sławę – mam zawstydzone serce
A co z aniołem? – gdyby ktoś wiedzieć chciał –
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…

Poznałem prezydentów i drabów, co chcą zabić
Nagi przyszedłem na świat , odejdę także nagi
Gdy miałem lat piętnaście – widziałem ruskie tanki
Dzisiaj po przepowiednie odsyłam do cyganki
Lecz zanim, święty Piotrze, wezwiesz mnie na rozmowę
Pozwól, że przed czeskimi poetami schylę głowę
A co z aniołem? – gdyby ktoś wiedzieć chciał –
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…
W Paryżu L’humanite po rosyjsku czytam z rana
Z Biblii rozumiem zaś zaledwie pojedyncze zdania
Od plastikowych łyżek w Stanach miałem już zajady
Do Hypernovej jadę, by się napić dobrej kawy
Choć asa mam w zanadrzu , to mówię pas świadomie
I chcę by kiedyś Banik dokopał Barcelonie
A co z aniołem? – gdyby ktoś wiedzieć chciał –
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…

Niektórzy mają skłonność do dziwnych upodobań
A ja cię, moja miła, nadal niezmiennie kocham
Kiedy się krzątasz w kuchni, gotując konfitury
Gdy dyrygujesz domem z rodzinnej partytury
I choć nas w różne strony nieraz niesie spraw lawina
To wszystkie złe wspomnienia na rzecz dobrych zapominam
A co z aniołem? – gdyby ktoś wiedzieć chciał –
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…

Toczą się, toczą życia koła,
a gdy nas śmierć zawoła,
kufer otworzy się drewniany.
Ciała namiastka już za nami,
strzelimy obcasami,
a potem się puścimy w tany.

Tańczymy jak zwykle gawota
na końcu żywota
na zakończenie przedstawienia.
Przepraszam – depczę pani palce,
taki już ze mnie tancerz.
A tak właściwie – mnie tu nie ma.

A piękna Margita
baletnica śmierci,
ma sweter wzoru pepita
a zadkiem kręci.
Na bal maskowy już czas,
gdzieś tu wlazł

Ktoś widać grzebał przy rolecie
bo półmrok na parkiecie,
widać jedynie na pół metra.
Spojrzenia w świtu szarą kratę
utkwione w Małgorzatę
wbitą w pepitkę swego swetra.

Kapelmistrz wzniósł pałeczkę,
z pod pachy wyjął teczkę,
a z niej wyciągnął jakieś nuty.
Mkną jak w fortuny kole
twarze, ktoś siadł przy stole,
ktoś na parkiecie zdziera buty.

A piękna Margita …

Sprzątaczka rano zacznie pracę,
przewietrzy materace,
pod łóżkiem znajdzie złoty krążek.
Panienka z dołu w recepcji
czyta o antykoncepcji,
chcąc by ją porwał piękny książę.

Szatniarka ma niestety superatę –
dwie kamizelki w kratę,
co będzie, gdy jej naślą kontrolę.
Punkt czwarta – drgnęła już wskazówka,
zaczyna się wędrówka,
wszystko wiruje jak szalone.

A piękna Margita
baletnica śmierci
ma sweter wzoru pepita
i zadkiem kręci
Skończył się taneczny kłus
no i szlus.

Pierwszy drugi trzeci czwarty
Na ogrodzie krecie warty
Równe dziury wiercą – praca wre
Krecie metro rusza we czwartek

Żeby wsiąść potrzebna kasa
choć to bardzo krótka trasa-
-bo do bratków co pod płotem
Dalej trzeba na piechotę

Wetknąłem dzisiaj w klapę orderów wstążki strojne,
by odejść przed wieczorem na swoją małą wojnę
I choć jej nie oznajmił edykt cesarza pana,
nie będzie już odwrotu, gdy krwawi pierwsza rana.

Tamburyn mego serca bije o skóry pancerz
We mnie chorągiew hufca łopoce przed wymarszem.
Ja – wieczny zgody piewca, miłości przednie straże
Dziś kreślę trupią główkę pastelą na sztandarze.

Trzymajcie za mnie kciuki, bo boję się ogromnie
A wiele krwi popłynie na mojej małej wojnie
I wspominajcie dobrze – nim przyjdą wieści z frontu,
bo ja odchodzę bronić myślowych horyzontów.

Bronić tej piędzi ziemi, nie większej niż pół metra,
Wystarczy dla mnie miejsca, dla czapki, butów, swetra.
Gdy moje, moje biorą, pod wieczór ruszam pieszo
Na moją małą wojnę, z mieczem – przeciwko mieczom.

A w Śląskim Muzeum, w dziale paleozoiku
biały krokodyl jest i niedźwiedź,
i lis, i skamieniałe trylobity
Sunie się tam wolno, za nogą noga kroczy,
byś mógł dostrzec, jak się życie toczy,
jak ten świat płynie i mija, kurzem wieków skryty.

Później idziesz parkiem
i całą noc się włóczysz po sennej Opawie,
i odurzony śnisz na jawie,
jak pięknie będzie w raju.
O piątej pięć autobus asfaltem tu przypłynie,
siedem przystanków do Katarzynek,
proszę wsiadać, drzwi zamykać, jedziemy dalej.

Gdy będziesz umiał słuchać i nie będziesz mówił „nie”,
pozdajesz swoje egzaminy, wychowasz dzieci
i zrobisz już pieniądze
W nagrodę się przejedziesz na wielkiej karuzeli,
bądź pewny, że ci wpiszą dedykację
w pięknej książce

A ty byś chciał płynąć na grzbiecie krokodyla
po rzece Nil i krzyczeć: Tutanchamon vivat, vivat,
po egipskim kraju.
O piątej pięć autobus asfaltem tu przypłynie
siedem przystanków do Katarzynek,
proszę wsiadać, drzwi zamykać, jedziemy dalej.

A ty pionierską chustę wiążesz ciasno wokół szyi
i w Wałtyckiej strzelasz sobie jedną setkę rumu
i serdelka w occie.
I na lepkim blacie, na obrusie
piszesz swoją rymowaną Odysseję,
zanim w stronę domu ktoś cię nie wypchnie łokciem.

Ale nie ma żadnej strony ani domu, ani poza domem,
nic już nie ma, to jedynie słowa,
które tańczą jak chce grajek.
O piątej pięć autobus asfaltem tu przypłynie
siedem przystanków do Katarzynek,
proszę wsiadać, drzwi zamykać, jedziemy dalej.

Może się do ciebie będzie chciał ktoś przysiąść
i może to będzie właśnie ktoś, kogo
Egipcjanin Sinuhe leczył osobiście
Drewnianą nogą będzie wystukiwał o podłogę
rytm jak w metronomie,
który tu od początku świata słyszeliście.

Nie było nas i nie będzie, nie było nas i nie będzie,
a czym będziemy – nim znikniemy
jak łajno zwiezione w bożą stajnię?
O piątej pięć autobus asfaltem tu przypłynie
siedem przystanków do Katarzynek,
proszę wsiadać, drzwi zamykać, jedziemy dalej.

Dzieci w domu płaczą i żona w domu płacze,
pies prosi się o spacer,
a kraj od wartości dodatkowej chce znów jakiejś kwoty
A ty krawiecką miarę kupisz,
by ją nożyczkami później skracać
o poniedziałki, wtorki, środy, czwartki, piątki i soboty.

A w niedzielę pójdziesz do Śląskiego Muzeum
spojrzeć na witrynę,
którą tam dla ciebie już mają.
O piątej pięć autobus asfaltem tu przypłynie,
siedem przystanków do Katarzynek,
proszę wsiadać, drzwi zamykać, jedziemy dalej.

Budzę się szarym świtem i chwytam się za serce
czy coś tam jeszcze bije, czyżbym miał jeszcze szczęście?
A może już po mnie, bo mam buty woskowane
ku śmierci kołowrotek, bezsensowny ten sam ranek.

Nie ma z kim, nie ma o czym, nie ma co i nie ma jak
nie ma gdzie i nie ma po co, każdy jest z sobą sam.
Wychudły Don Kichot siodła swą Rozynantę,
a ślepy bóg za sterem prowadzi nasza łajbę.

Telefon niech milczy – nagranych uczuć dramat,
złe wieści jak bezpieka także przychodzą z rana.
Już na wpół czujny, na wpół złapany w nocy wnyki,
mógłbym się zaśmiać, lecz mam uśmiech Myszki Miki
Ranki bym zniszczył.

W radiu gra Chick Corea – prezenter dobry człowiek –
zaprawdę jest wesoło niczym w rodzinnym grobie.
Uśmiecham się jak mumia, mam wory pod oczami,
różowy świt mnie nudzi, dzień nowy już nie mami.

Coś mówisz o tym, co byś znów ze mną robić chciała,
pomału stygnie pościel, dołki po rozgrzanych ciałach.
Wszystko oblekła szarość – jak orzec czyjąś winę,
drwal machnął swą siekierą, łączącą przeciął linę.

Dwa łóżka jak dwa kraje dzielą pograniczne słupy,
wzdłuż ozdób na tapecie ciągną się kolczaste druty.
Gdy sen nadejdzie błogi, już nie męczą żadne zmory.
wszak była we mnie miłość – dziś pusta złość i gorycz.
Druty bym zniszczył.

Przeklęta ta godzina, moment, tej chwile przelot,
gdy rzeczy się wahają pomiędzy czernią a bielą,
gdy jeszcze półmrok toczy odwieczną wojnę z brzaskiem,
bezsenność jest cierpieniem, palącym oczy piaskiem.

A wszystko huczy w głowie i tępo kłuje w boku,
chciałbym na dobre zasnąć, nie myśleć i mieć spokój.
Z łokciami na kolanach – słucham, jak łzy twe płyną
Na życie już za późno – za wcześnie, żeby ginąć.

Co było jeszcze wczoraj, niepotrzebne dziś nikomu,
Ostatni kawy łyk, bo nie ma więcej kawy w domu.
Wszak przyjdzie, co przyjść musi, nadejdzie nieproszone,
Chleb z masłem zawsze spada nie na tę, co chcesz stronę
Masło bym zniszczył

Mówisz mi o nadziei i siecią słów oplatasz,
co jak szpiegowskie sondy krążą dookoła świata.
Rozebrać się z piżamy może bym umiał jeszcze,
dwadzieścia lat mówiłem, dziś już mi się mówić nie chce.

Z plakatu w ubikacji knur spasły do mnie mruga,
Pędząc zabiera wszystko spienionej wody struga.
Spłukuje to, co było i niesie wprost do ścieku,
a mnie tu przyjdzie zostać, nim zbraknie mi oddechu.

Macam się po nadgarstku, na dworze prawie świta,
zegar godziny bije i pogodnym dniem nas wita.
Już na wpół czujny, na wpół złapany w nocy wnyki,
mógłbym się zaśmiać, lecz mam uśmiech Myszki Miki
Miłość bym zniszczył.

Fontanny starej schodki –
– siedzę przy twym boku
W dłoni mam kołacz słodki,
a święty Mikołaj dziś – to ja.
Frywolne dwa amorki
spadły nam z obłoków,
a ja twój naiwny chłopczyk
na co ci się zdam.

Pięciohalerz ze srebra
wrzucony do wody spadł na dno
Cudownych zdarzeń jedwab
otula nas swoją mgłą

Ciasto zjedliśmy razem,
resztki zjadły ryby.
Noc – mroczny czajnik marzeń
piegi komet w warkocz splata.
Na dachach kotów straże,
drżą księżycem szyby,
coś blednąć gwiazdom każe
jak na początku świata.

Kantorzy barokowi
drzemią przy organach
Dziś knajpy gwar ich złowił
na gulasz i kilka małych piw
Do rana śpiewał harmonii słowik
pieśń o zakochanych –
– że wszyscy jednakowi
w gotyku, jak i dziś

Pięciohalerz ze srebra …

Popatrz, ktoś zaproszenie
śle nam z innych planet.
Piotr kochał się w Magdalenie
miłość z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego.
Na świata starej scenie
wieczne miłowanie
Choć, wesprę cię ramieniem,
wzlecimy razem w niebo.

Widzimy się co dzień na schodach w metrze,
gdy ona jedzie na dół – ja na powierzchnię
Ja wracam z nocnej zmiany,
a ty pracujesz rano
Ja jestem niewyspany,
ty z twarzą zatroskaną

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad

Praga o szóstej jeszcze sennie ziewa
i tylko my naiwni – robimy co trzeba
Ja spieszę się z kliniki,
gna do kiosku ona

Zmęczone dwa trybiki,
dwie wyspy wśród miliona

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.

Choć o tej samej porze – randki są ruchome,
bo w tym tandemie każdy jedzie w swoją stronę
Ja w lewo, ona w prawo
nie ma odwrotu
ją czeka Rude pravo
a na mnie pusty pokój

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.

Na czarodziejskich schodach czuję w sercu drżenie,
gdy kioskareczka Ewa śle mi swe spojrzenie
W pospiechu ledwie zdążę
powiedzieć – „witam z rana”,
bo całowania w biegu
surowo się zabrania

A schody jadą, choć mogłyby stać
a stacji Jerzego z Podebrad

A Praga drzemie i nic jeszcze nie wie
o dwojgu zakochanych, zapatrzonych w siebie
Już tęsknią nasze włosy
pędem rozwiane
do tego, co nas czeka
do tego, co nieznane

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.

Siedziałem przy stole, czytałem wiersz,
radio grało,
wtem stuk puk o parapet ciche jak szmer,
tak ciche, że mi może tylko się zdawało.

Ochrypły męski głos coś szepnął
tonąc we mgle:
Może nie w porę panie poeto,
lecz czy moglibyśmy na chwilę wejść.

Podał przy wejściu parasol i płaszcz
i butlę wina.
Tak jakbym kiedyś już widział tę twarz,
była to twarz, o której się nie zapomina.

W przeciągu zgasła mi świeczka
wiatr powiał zimny jak lód
na korytarza kafelkach
tuż za nim stał czarny kruk.

Zasiadł w fotelu a ptak jak kot
zajął kolano.
Zamarło mi serce, bo uchwycił mój wzrok
na podeszwy, skąd sterczało końskie łajno.

Oto jesteśmy – tak jak żeś chciał
Cień lampę nagle skrył,
gdy przez blat biurka wizytówkę mi dał
firmy Diabeł i Syn.

Przecież wzywałem go przez tyle dni
i tyle nocy
Błagałem o powietrze, o wody łyk
a teraz mu patrzyłem prosto w oczy.

Poczułem konopną linę
co strachem ściska mi krtań
Kiedy mi zaszeleścił pergaminem
i gęsie pióro w garść dał.

Obdarzę cię wszystkim za kroplę krwi
żądaj co zechcesz,
nauczę widzieć czego nie widzi nikt
i słowo do słowa składać w pieśni.

Cóż chciałbyś w zamian? – wszak nie mam nic
Gdym jeno marny proch
Kruk w odpowiedzi wykrakał mi
Never more.

Na dłoni mam krople zaschniętej krwi
a wkoło ciemność
Ta blizna pali, kiedy na dworze mży
a tylko spójrz przez okno – deszcz to ma codzienność.

Tragicznie szczęśliwy w połowie dni
bezwolnie niesie mnie prąd
A kruk znów na ramieniu skrzeczy mi
swoje Never more.

Niczym struna co się pręży
oczekując na mój dotyk
Niczym przemoczony księżyc
który płynie srebrem wody
Niczym wraki u nabrzeży
grosze dane pokojówce
Niczym dzwony miejskiej wieży
gdy u bramy obce hufce

Taką czuję smutną ciszę
taka ciemność płynie we mnie
póki czarne brzmią klawisze
jednostajnie i niezmiennie
Tylko takie pieśni umiem
Tylko takie pieśni umiem
Tak jedynie świat rozumiem

Niczym liść co jeszcze płonie
choć już jesień na walizkach
Niczym chłodne cudze dłonie
lecz nie twoje, moja bliska
Niczym puste obietnice
których tyle się wytliło
Jak milczące twe źrenice
co nie proszą mnie o miłość

Niczym brzemię niepotrzebne
które niosę bez uśmiechu
Niczym ptaki, ech, podniebne
ptaki lżejsze od oddechu
Niczym pierwszy haust powietrza
jak ostatni błysk płomienia
Jak milczącej nocy bezmiar
i jak miłość której nie ma

Niczym jeleń, gdy wodę chce pić
szuka w lesie źródła ukrytego
niczym jeleń, gdy wodę chce pić

Wciąż pragnę przy tobie być
smutek serca – serca samotnego
wciąż pragnę przy tobie być

W samotności – pomóż mi
w moim życiu – pomóż mi
pomóż mojej opuszczonej duszy
ja w każdą noc do ciebie wołam
ja w każdą noc o pomoc wołam

Głęboka rozpacz za serce trzyma
mrok zasnuł oczy – w moich oczach zima
głęboka ropacz za serce trzyma

Nigdy tak nie być samotnym – jak dziś
zza muru pychy, zza zamkniętych drzwi
nigdy tak nie być samotnym – jak dziś

W samotności – pomóż mi …

Wierzę, że tak się stanie
i wbrew wszystkiemu usłyszysz me wołanie
wierzę, że tak się stanie

Liście z osiki zrywa już jesień
w pokorze przyjmę co mi los przyniesie
liście z osiki zrywa już jesień

W samotności – pomóż mi …

Obca mi jest poezja wzniosła jak spiż,
heksametr poematu – to nie mój świat
Mam jeden stary sweter, co służy mi
już od lat

Nim umarł pan Havliczek z powodu płuc,
wpoił mi wielkie czeskie ABCD
A ja się muszę dalej po życiu tłuc
Bóg wie gdzie

Po świecie wciąż buszuję
piórem go opisuję
swych butów nie pucuję
grzebienia nie miłuję
zezwalam, gdy tak czuję
to znowu zakazuję
niczego nie żałuję

Ja zawsze w pierwszym rzędzie do boju mknę –
Żołnierzyk bez orderów, przed życia grą
Mizerny pieniek świerka chroni mnie przed
kanonadą

Z cwanymi sierżantami w pokera rżnę
i kiedy gra się kończy – mam pusty trzos
Oni są wiecznie górą, a ja na dnie,
taki los

Po świecie wciąż buszuję …

Chłodny jest kwietniowy ranek
Zza chmur przebija blade słońce
A w flaszce po Cinzanie
węgorze, węgorze trą się
Bliscy z mego grona
śpią, śpią, śpią błogo przy swych żonach
Sami wśród miliona
Ja i ja

Miasto nas trzyma w swej obręczy
Czarny jest ósmy kolor tęczy
Czarna jest barwa mego życia – lubię czerń
Jak echo wraca stara bida
Skryła się gdzieś wyśniona Atlantyda
A wokół tylko wody, wody, wody zamiast niej

Jeśli z was kogoś obchodzi
urządzimy w niebie wielką fetę
idziemy po rajskim ogrodzie,
a święty Piotr stawia nam setę
Bliscy z mego grona
śpią, śpią, śpią błogo przy swych żonach
Sami wśród miliona
Ja i ja

Miasto nas trzyma w swej obręczy …

Ktoś obcy nazwie mnie kolegą
Folkowiec ciągnie na swe szańce
A ja na swoich pieśniach w e-moll
Do krwi zeszlifowałem palce
Bliscy z mego grona
śpią, śpią, śpią błogo przy swych żonach
Sami wśród miliona
Ja i wy

Miasto nas trzyma w swej obręczy
Czarny jest ósmy kolor tęczy
Czarna jest barwa mego życia – lubię czerń
Jak echo wraca stara bida
Skryła się nam wyśniona Atlantyda
A wokół tylko wody, wody, wody zamiast niej

Gdy byłem mały wciąż mi mówił tata
że jeszcze zrobi ze mnie adwokata
więc paragrafy musiałem wbijać do głowy

Taki adwokat grubą forsę kosi
siedzi w fotelu i dłubie palcem w nosie
a ja mu na to, że wolę wypasać krowy

Ja chciałbym
Mieć czapkę z pomponem z boku
jeść ulęgałki, pływać w potoku
i śpiewać przez cały dzień
refrenik ten, tak śpiewać

pam pam padam pam pada dam
pam pam padam pam pada dam
pam pa da da dam pa da da da-am

Stosy książek pod choinkę dawali mi
ale nadal nie umiałem odnaleźć w nich
prostej instrukcji – jak wypasa się krowy

Pytałem starszych, lecz każdy się śmiał
i telefon do lekarza podać mi chciał
i pytał czy poza tym w domu wszyscy są zdrowi

Ja chciałbym
Mieć czapkę z pomponem z boku
jeść ulęgałki, pływać w potoku
i śpiewać przez cały dzień
refrenik ten, tak śpiewać

Dziś choć podrosłem i swoje już wiem
parę rzeczy mogę zmienić, a paru nie
to gdy mi smutno w mokrej kładę się trawie

Z dłońmi za głową sobie leżę, a co!
gapię się w granatowe nieba tło,
gdzie wśród obłoków moje łaciate krowy się bawią

Kiedy spada noc
na dachy Petersburga
w duszy czuję żal.
Zbłąkanego psa
nie nęci chleba skórka
i nie będzie żarł

Moją miłą
kniaź Igor dzisiaj bierze.
Nad szklanką wódki
majstruję przy giwerze.
Gawron usiadł
na dachu w Petersburgu.
Niech to wszystko szlag!

Nad horyzont
fruną ptaki ślepe
w zorzy krwawy róż.
Moja dusza
poszarzała stepem
ma na szyi nóż.

Mej tęsknoty
od Pragi aż do Kowna
tyś jest winna
Nadieżdo Iwanowna.
Dziurka w skroni…
Już z rżeniem czterech koni
sunie czarny wóz.

Pijcie wodę, pijcie pitną wodę
Pijcie wodę a nie tylko rum
Pijcie wodę, pijcie pitną wodę
Pijcie wodę a nie tylko rum

Raz kolejarz smutny poczuł chęć
ajerkoniak wypić na peronie pięć
Cały mu się zlepił dziób
Wtem nadjechał elektrowóz…no i łup!!

Każdy zna Becherów klan
Becherowkę prosto z dzbana piją tam
Więc Becherzy, sam pan wisz!
narzekają na wątrobę oraz krzyż

Piłem wódkę marki Gorbaczow
Potem coś wykrzykiwałem na nasz rząd
A od dziś będę w cieniu krat
chlorowane ścieki pijał przez pięć lat

Mysmy sou chlapci z Ostrawy
Jedeme za robotou do Varsavy
Ctiri lahti vodky a moc piv
Velmi fajny kolektiv

W Ameryce pewien gość
Serią drinków został osłabiony dość
Winien ten ostatni drink
Że zarzygał całą Piątą Avenue

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem piramidy
W Cheopsa czy Ramzesa chciałem splunąć twarz
Roboczy wół z miliona innych ledwie żywych
Co na czyjś rozkaz musi dźwigać każdy głaz
A oni mają wizję skrzydlatego Sfinksa
By po wsze czasy wysławiano ich
Ja do pershingów wkręcam jakieś świństwa
I kiedy coś się schrzani – pierwszy biorę w pysk

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues…

I jestem wdzięczny za pęk brukwi czy cebuli
Ja –pajac dziejów, bezimienny widz
Włócznia Cezara, wycieraczka Kaliguli
Skaza na negatywie, którą łatwo zmyć
I co podnoszę głowę –czuję chłód nagana
Reżim czy demokracja –dla mnie jeden pies!
Więc wątpię w miłosierną moc Chrystusa Pana
I w to, czy w ogóle jakiś Chrystus jest

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues…

Ja na swym krzyżu ponoć dźwigam losy świata
Chociaż na co dzień mam ze światem pański krzyż
Co z tego, że na księżyc człowiek może latać
Gdy ja niezmiennie w gnoju muszę tkwić
Ja przecież też mam serce, serce które płonie
Myślicie, że wystarczy chlebem zatkać dziób
Popatrzcie tylko na me spracowane dłonie
Czemu nikt nie chce słuchać moich słów

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues…

Nie wierzę w puste słowa, wierzę tylko w siebie
Bo czego nie zagarnę – nie będę miał
Raj mi po śmierci, głupcy, obiecują w niebie
A ja tu żyję i tu chciałbym mieć swój raj
Choć jestem tylko jednym z bitych i przegranych
Ja –kółko w maszynerii, w końcu mówię –nie!
Te głupie piramidy wznoście sobie sami
Możecie mnie dziś wszyscy pocałować w de..

Dwadzieścia fajek w mig
i do kawy rum, rum, rum…
Dwie czyste, gorzkiej łyk
– a ty doktorku spójrz, spójrz, spójrz.
Coś szpetnie w piersiach gra
– cóż za odkrywczy fakt
W karetkach znają nas
– a każdy jak brat, brat, brat.

Twych nerek dobry los
nie wróci do łask, łask, łask.
Zatkanych tętnic splot
już stracił swój blask, blask, blask
Serce ma dziwny dźwięk
– sam nie wiem, co to jest?
Wszystko to głupstwo, więc
– żyjesz fest, fest, fest.

Cyrhoza, tromboza, gruźliczy kaszel,
tuberkuloza, tak – to wszystko nasze
Neuroza, skleroza, skrzypienie w plerach,
paradontoza, nie!, no to już afera.

Ale w głębi naszych ciał
– zdrowy mieszka duch,
A więc smutki – ciau,
ju hu, hu, hu, hu.

Już zawał szczerzy kły
za nami o krok, krok, krok,
Zdechlaki zamknąć drzwi,
bo wredny ma wzrok, wzrok, wzrok.
Adresy wasze zna
i skryć się próżny trud.
Odnajdzie was raz-dwa
i już nogami wprzód, wprzód, wprzód.

W szpitalny wbiją strój,
wesoło jak w Zoo, Zoo, Zoo.
Doktorów mądrych stu
obejrzy przez szkło, szkło, szkło.
Przez naszych trzewi treść
skalpela cięcia trzy
Wesołą słychać pieśń,
co tak znajomo brzmi, brzmi, brzmi.

Cyrhoza, tromboza, gruźliczy kaszel,
tuberkuloza, tak to wszystko nasze
Neuroza, skleroza, skrzypienie w plerach,
paradontoza, nie, no to już afera

Ale w głębi naszych ciał
duch niezłomny tkwił,
Żyliśmy na swał
– lecz nie stało sił

W stolicy o nazwie Jeruzalem,
w mieście zdobiącym rzymską kolonię,
pod koniec Wielkiejnocy
Piłat obmywa dłonie.

A z szat odarty Jezus stoi tuż,
a motłoch lży go z bliska.
A później? cóż…
Później się wyje i kamienie ciska.

Kształt krzyży się nie zmienił,
choć nowe wciąż nazwiska.
Gdy leci grad kamieni,
to piany pełno w pyskach,
że potem przeprosimy,
że pomnik wystawimy,
i głowy ozdobimy.

Już klasztor brzewnowski zasnuł dym,
ktoś księgi pali,
W imię kielicha
ołtarze roztrzaskali.

Schowany za portalem święty mąż
krzyczy: to siła nieczysta!
A później, co…?
Później się wyje i kamienie ciska.

Kształt krzyży się nie zmienił …

Kościół w Arles ktoś wyburza
Dla żabiej perspektywy
to bezmyślne piękno.
Vincent jest sprawiedliwy.

Profesor akademii z gzymsu zmiata kurz,
proszę spojrzeć na te rysy na listwach.
A później, cóż…?
Później się wyje i kamienie ciska.

Kształt krzyży się nie zmienił …

Niska postać z gitarą na scenie
uchyla brzeg kurtyny
na prawdę na proscenium,
straszną, bo bez patyny.

Już ludzie opuszczają salę,
oceny lgną w domysłach.
No, a co dalej?
Dalej się wyje i kamienie ciska.

Kształt krzyży się nie zmienił …

W mieście o nazwie…
lecz to właściwie wszystko jedno
Na przełomie rzeczywistości i historii
miliardy Piłatów
znów umywają ręce.

Pusta poduszka z przebiśniegiem
biały przebiśnieg – zamiast ciebie
Kto mi go dał?

Na parapecie biały gołąb
jak smutno, gdy cię nie ma obok
A tak bym chciał…

Śnił mi się sen – nie wiedzieć o czym
i jaką rolę w nim gram
Twe pocałunki, moje pieszczoty…
Gdy się zbudziłem – w hotelu byłem sam

Twarde jest hotelowe łoże
Zwiędły przebiśnieg, ach mój Boże
Zwiędły przebiśnieg – a żal…

Jak nieproszony gość po północy stuka do czyichś drzwi,
tak i na ciebie czeka za rogiem pamięć minionych dni
Taki sam sweter, skórzane buty i włosów płowy len
To twoja przeszłość kuśtyka obok, wlecze się jak cień i mówi:

Spójrz, oto ja
Radość i łza
Otwórz swe drzwi
Na tamte dni
Które minęły

Węzeł na chustce, która na lata usłała kieszeni dno
Miał ci przypomnieć, że masz coś kupić – lecz zapomniałeś – co?
Wszystko coś stracił znikło jak pociąg za horyzontem lat,
Ona na plecach dźwiga za tobą ciężar straconych szans i mówi:

Spójrz, oto ja
Radość i łza
Otwórz swe drzwi
Na tamte dni
Które minęły

W powodzi chwastów nie widać trawy pośród wysokich drzew
Odjechał tramwaj twojej młodości z czerwoną gwiazdą w tle.
Po konduktorach, którzy cię wieźli dawno już przepadł ślad
I tylko dumną głowę na szyi niesiesz tyle lat

Spójrz, oto ja
Radość i łza
Otwórz swe drzwi
Na tamte dni
Które minęły

To, co zasiałeś –teraz dojrzało w winogron ciemną kiść
I wszystko, czego nie zjadłeś wczoraj – możesz skosztować dziś
Maczane w miodzie słodkie migdały, czekoladowy mus
Ona na deser wszystko to niesie i wkłada ci do ust i mówi

Gdy przy twym boku, w pościel wtulona ułoży się do snu
To cię odwiedzą ci, którzy byli, a których już nie ma tu
Wszystkich z imienia zechcesz pozdrowić i wszystkich rozpoznasz wlot
A rano ona, ze snu zbudzona przeciągnie się jak kot i powie:

Spójrz, oto ja
Radość i łza
Otwórz swe drzwi
Na tamte dni
Które minęły

Czy dziś pamiętasz, przyjacielu, tamten czas,
tę ufną radość naszych dziewiętnastu lat?
Wróble nam jadły z dłoni,
we włosach wiatr szalony,
a życie proste i bez skaz.

Ciut zwariowany, ale piękny był nasz świat
Miał zapach fajek oraz ich upojny smak
I w kilku okamgnieniach
spełniały się życzenia,
nawet nie wiedzieć jak…

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram…
Sam, sam, sam – zostałem tu sam.

Czy dziś pamiętasz, przyjacielu, tamtą noc
Ich było pięciu, a tyś dał im nieźle w kość
Gdyby nie było ciebie
to z mych dwunastu żeber
zostałoby niewiele co

Dziś, gdybyś przybiegł, choć sam nie wiem – tyle lat –
miałbyś zapewne nieco wyższy ciepły alt
i krótsze, krótsze włosy,
a my jak dwa młokosy
no, sam już nie wiem – niech to czart!

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram…
Sam, sam, sam – dziś biję się sam.

Czy dziś pamiętasz przyjacielu tamte dni,
te długie pieśni przy gitarze aż po świt?
Jeden za drugim – murem,
zdolni przenosić góry,
Ze starej gwardii tylko my

Twój dziadek mawiał, że wypali się to w nas
Miał rację – szare dni zaćmiły dawny blask
A potem wielka woda
zabrała, co jej kto dał.
Ciebie uniosła aż do gwiazd…

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram…
Sam, sam, sam – śpiewam dziś sam.

Czy dziś pamiętasz, jaki byłeś w tamtych dniach?
Nie mów, że zmienia nas do końca życia gra
Bo człowiek nie walizka,
do której co chcesz wciskasz
Dawno pojąłem co i jak

Uśmiecham się do wspomnień, serca wzniecam żar
choć się zmieniłeś, a i ja już nie ten sam
Lecz szkoda, że czas przeszły
wkradł się do naszych pieśni
Tego mi przyjacielu żal

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram…
Sam, sam, sam – jestem dziś sam.

Madonnę Donatella
ujrzałem, jak gasiła świecę
Rumiankiem pachniesz – miła
i nie wiem, co ci mam powiedzieć.
Nad horyzontem gwiazda już rozbłyska
jeszcze żeś nie moja, jeszcze nie tak bardzo bliska.
Rumiankiem wbiegłaś w życie me
już coś mi w duszy gra,
i krzyczę już przez sen
Martina

Ktoś chce mnie chwycić, ktoś do mnie podbiega
noc księżycem chodzi po pokojach
Postójmy chwilę – gwiazdy lecą z nieba
a wiem, że jedna z nich – jest moja
Na strunach mroku brzdąka ślepy gitarzysta
muskasz me wargi
rzeką płynie woda czysta
Rumiankiem wbiegłaś w życie me
już coś mi w duszy gra
i krzyczę już przez sen
Martina

Miłość to góra
wysoka góra
ukryta w chmurach
ukryta w chmurach
Czy ktoś z nas zdoła zdobyć ją?
zdoła zdobyć ją?

Na zewnątrz błoto
kapie szczęście
brzęczy złoto
w całym mieście
po chodnikach
ludzi tłum przemyka
dziecko płacze
ptak przeleci
tramwajarze
ciągną sieci
na ulice
spadają ryb ławice
z wysoka smutny bociek
patrzy na mój świat
rzucam mu garść stokrotek
siada na mój dach

Herodzi w białych kitlach
mordują niewiniątko
historia bardzo brzydka
zjedz ciastko – będzie słodko!
pod oknem na mnie trąbi limuzyna
nie rycz i chodź – aż tak to źle się nie zaczyna
rumianek smutku rzuca cień
to do mnie wraca wciąż
i krzyczę już przez sen
Martina

A w lasach karłowickich jesień
sierpień złoto kładzie na zboczu
co było – to się w duszy niesie
to com stracił – znika bez powrotu
Ech, koro brzozy gładka
duszo w poniewierce
nieduża klatka
w której dzwoni głupie serce
z rumianku miłość, miłość ma
znów coś mi w duszy gra
i krzyczę już przez sen
Martina

Miłość to góra
wysoka góra
ukryta w chmurach
ukryta w chmurach
Czy ktoś z nas zdoła zdobyć ją?
zdoła zdobyć ją?

Z halickich połonin dmie złowrogi wiatr,
nasz dobytek skromny potok porwał w świat.
Żeglujemy niebem, jak żurawi sznur,
dwa wędrowne ptaki, dwa listy pośród chmur.

Jeszcze płonie ogień i trzaska drzewo
Ale pora kłaść się spać
Tam za wzgórzem czeka Sarajewo
Jutro, miła , ślub będziemy brać

Na twej dłoni ksiądz położy moją dłoń,
wianek z tamaryszku w spienioną rzuci toń.
Spłynie z gór do morza, jak po rzece kry.
Chmury na błękicie, a na ziemi my.

Z polnego kamienia nasz zbuduję dom,
w ociosanych belkach będzie szumiał dąb.
Niechaj wszyscy wiedzą, żem ci słowo dał.
Dom nasz będzie pewny – na wieki będzie stał.

Gdy będę starszym panem
będę grzebał w stercie ksiąg
i młode wino zlewał w dzban
Gdy będę starszym panem
uczuć swych rozproszę mrok
i komu zechcę swą miłość dam.
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
i będę tkwił, jak mędrzec z Chin, na brzegu rzeki,
gdy będę stary już.

Gdy będę starszym panem
kupię sobie stary dom
i jedno stare radio.
Gdy będę starszym panem
będę miał swój własny kąt
przy oknie w kawiarni Avion.
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
I będę patrzył na idących dokądś ludzi
gdy będę stary już

Gdy będę starszym panem
sprawię sobie czarny frak
i szarą muszkę do fraka
Gdy będę starszym panem
zamiast wody będę chciał
pić lekkie wino z bukłaka
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
i będę milczał, tak jak milczą ci, co znają plan
i będę starszy pan.

Słońce z gór złociło stodół rząd
w niebo z pól wzleciały stada wron
Starców krąg chichotał, śmiał się w głos
Już po kres złączył nas z sobą los.

Trawy źdźbła na sianie kłuły nas
Błękit drżał i dyszał raz po raz
Słodki ślub rozpalił moją krew
Zamknąłem oczy i pocałowałem cię.

Chrystus Pan wrzeźbiony dłutem w pień
patrzył w dal drewnianą tocząc łzę.
W kościele do świętej służą mszy,
a ciało me stało się ciałem twym.

Krzyczałem – kocham cię – a góry stały wkrąg
i mój gromki krzyk spłoszył stada wron z kwietnych łąk
Wzbiły się jak pocisk wprost do chmur
by w niebie zmienić się w białych aniołów chór.

Pod niebem
w aniołów
białych chór.

Z mego okna dobrze widać pani dom
Pani szyby za zasłoną
Cały wieczór w świetle toną

I tak trudno mi się poddać własnym snom
Gdy na okna biały ekran
Pani postać noc wyświetla

Pani mąż podjechał i już idę spać
Wiercę się na lewym boku
W sercu smutek i niepokój

Pani nie wie co bym chciał jej dzisiaj dać
Tyś jak rana ma śmiertelna
Obca i nieskazitelna
miłość

Rum w szynku przy rynku
piłem do dna
Nikt o nic nie pytał,
wbił w mundur – i kwita.

Związany jak owca
padłem na wóz,
po głupich manowcach
świata mnie wiózł

Pilnując granic
ściskałem broń
Generał Liebershwietz
uniósł swą dłoń

Tam stoją Francuzi,
przeklęte psy.
Marsz! koniec dyskusji!
Stul pysk i bij!

Kulkami jak deszczem
wokoło tnie
Faluje powietrze,
z kul jedna jest dla mnie.

Już w domu po żniwach
i będą siać.
Ja w piekle barykad
ginę – psia mać!

Nakazali sercu
zmienić się w głaz.
Wystawili strzelców
naprzeciw nas.

Wszystko przez gospodę
i w głowie szum,
gdy z werbownikami
wypiłem rum.

Nieznany mi śpiewak
za dwieście lat
zanuci, żem głupi,
bom w szynku się upił.

Cudza krzywda nie boli,
nie słuchaj gwiazd,
a z losem się spotkasz,
gdy przyjdzie czas.

Podstępni szynkarze
leją nam rum,
dziewczyny na dworcu
żegnają swych chłopców.

Tu, gdzie dzisiaj leżę
wyrośnie dąb
A na popiół sczeźnie
Napoleon.

Głupia Marketa już
w ramionach cieszyńskiego dworca drży
Śpiewa, śpiewa, śpiewa i zmiata kurz
Na księcia czeka tu
z zaklętą miotłą, co pod pachą tkwi
śpiewa, śpiewa, śpiewa i zmiata kurz.

Blues z petem w tle
rumowy song
symfonia na biletach
Piwo i śmiech
Zbłąkany wzrok
To śpiewa Marketa
Wariatka Marketa

Wspaniała subretka
w wojennym teatrzyku jakiś song
Była piękna – aż do utraty tchu
Liza i Rozeta
łydki plebanów z podniecenia drżą
była, była, była, a dziś cóż…

Blues z petem w tle …

Wtulona w dworca cień,
jak w echo katedr – szeptem głodnych ust
zjada, zjada Marketa bułkę swą
A gdy się kończy dzień
rozwiesza pomarańcze swoich bluz,
a ja, a ja, a ja w duszy kocham ją.

Wędrowni kuglarze
idą w zaśnieżone błonia
W wyszczerbionym pucharze
wiatr gotują na obiad.
Z cyrkową małpką, co siadła na kark,
lekko zmęczeni tym marszem pod wiatr –
– wędrowni kuglarze idą w pobielone błonia.

Gdzie kuźnia na skraju wsi
tam całkiem stopniał śnieg.
Kowal z serca przygarnął ich
i psy odegnał precz.
Słoma im łóżkiem, pierzyną i snem,
a jeden do drugiego przytulą się,
bo jutro na wieki bal przyjdzie cała wieś.

Kuglarze idą przez świat…

Po schodach kościoła
piłka toczy się.
Człowiek z twarzą anioła
wygina stalowy pręt.
Mariny piękne ciało gnie się i drga,
pogański ją bożek Odyn w mocy swej ma
A jutro po południu znów odejdą hen…

Wózeczek z lipowych drew
twardą glinę tnie
Czerwona niespokojna krew
wyznacza życia sens.
To, czego chcemy – wiecznie przed nami tkwi
za siódmą górą, rzeką – znika jak dym.
W zimowym pejzażu słońce złoci śnieg.

Kuglarze idą przez świat…

Ocean wokół mnie
A ponad głową błękit
Daleko został brzeg
Na oślep płynę gdzieś
Busolę trafił szlag
Zapadam się w odmęty
A diabeł waha się
Ocalić mnie czy nie…

Zabłądziła moja łódź, unoszona biegiem fal
Zapomniałem już jak o pomoc wołać mam
Zabłądziła moja łódź, gna w cyklonu czarną kadź
I ciężko, gdy upadnę, będzie wstać

Spienione grzywy fal
Jak burza twoich włosów,
Gdy zdobyć chciałem świat
Jak rycerz – Scaramouche
Na sercu noszę znak,
Pamiątkę naszych losów
Tamtych szczęśliwych lat,
Które nie powrócą już.

Za widnokręgu mgłą,
Choć nie wiem , gdzie dokładnie,
Już czeka nowy ląd,
Po walce tryumfu smak.
Czy chybotliwa łódź
Wytrwa czy legnie na dnie
Przeżyje tylko ten,
Kto przed śmiercią skryje strach

Powiało barokiem, grzmią Bachem organy,
kapelmistrz pudruje skroń,
poprawia perukę, a Magda wraz z Janem
przed ołtarz kroczą dłoń w dłoń.

Ho, ho, ho, dzwony dzwonią
ho, ho, ho, a ja za zasłoną
ho, ho, ho, w kąt schowany
ho, ho, ho, zakochany.

Trzy piękne wielbłądy – dar króla Hasana
podeszły pod kościół, parskają przy bramie.
Ten biały dla Magdy, brązowy dla Jana,
ten trzeci z tyłu, czarny – jest dla mnie.

Ho, ho, ho, już są z sobą
ho, ho, ho, a ja z mą żałobą,
ho, ho, ho, mgłą owiany,
ho, ho, ho, zakochany.

Na tratwie drewnianej, co spływa Morawą
przybija stary kum – Jura,
Ma na łbie kapelusz, na skrzypcach rżnie z wprawą,
a wszyscy krzyczą – hura! hura!

Ho, ho, ho, już idą sami
ho, ho, ho, a ja za malwami,
ho, ho, ho, w gąszcz schowany
ho, ho, ho, zakochany.

Ech, miłość, boska miłość, ode mnie odpłynie,
jak echo się oddala.
Serce ci wyżłobię w sieni na futrynie,
żebyś mnie pamiętała.

Ho, ho, ho, w kręgu twego cienia,
ho, ho, ho, mrę z pragnienia,
ho, ho, ho, w mrok schowany,
ho, ho, ho, zakochany, twój zakochany.

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić komfort korzystania z Internetu
Explore
Drag