Skip links

Wiersze Antoniego
Murackiego

A tak już niedaleko było nam do morza
do brzuchatych żaglowców o lśniących relingach
gdy my brodząc korytem na wpół zmarłej rzeki
w pamięci głaszcząc brody otrutych monarchów
zaczęliśmy – wbrew wróżbom – spoglądać za siebie

W przetłuszczonej gazecie śledź podnosił głowę
z petem sporta w ogonie, wódka w musztardówce
bełkotała na nutę rodzimej kolędy
o przegranych powstaniach i światowych szarżach,
budka z piwem o smaku przejrzałych arbuzów
obrośnięta jak hubą pleśnią moczymordów
była jak tramwaj w lecie, kołysała z lekka
niektórych do modlitwy, innych do snu; sklepy
puste niczym kościoły, lecz ten sam rytuał
podzwaniał w pustych hakach – czekając ofiary

Patrzyliśmy do tyłu – orkiestra w lansadach
rżnęła wulgarne marsze, sycąc gust tyranów
a my oddychaliśmy tym sztuczny powietrzem
przerażeni błękitem, kuszeni nagrodą
w tej pokracznej przestrzeni z wolna garbaciejąc.
Ba, szczycąc się swym garbem lub cwanym łotrostwem.

Co też więc tak ciągnęło do tyłu – nie sądzę
by jedynie brzydota zastanej materii
ta optyczna ułomność przedmiotów, co sprawia
że patrzący, chcąc nie chcąc, staje się ładniejszy.

A może łatwość uczuć, od śmiechu do furii
gdy logika wyborów między złem i dobrem,
mimo całej cyrkowej konwencji wieczoru,
była prostym następstwem chodzenia po linie,
czy też raczej- po linii, gdy na głos tresera
nawet w lwach się budziło poczucie miłości…

Tak, chyba niepowaga i jasność wyborów
ucieczka od wolności do za ciasnej celi,
przewidywalność zdarzeń pozbawionych treści
nagiętych do łaskawie panującej formy.

Ot, paradoks natury, że zdjęcie kagańca
jest jedynym sposobem, by pies przestał kąsać
Jak fortel z wolną wolą, tą boską igraszką,
gdy się umywa ręce od czynów i następstw.

A tak już niedaleko było nam do morza
do ciszy tak jaskrawej, że budzi anioły,
lecz morze dawno wyschło, tak więc suchą nogą
można się przejść po wodzie, wielbiąc swą niewiarę.

Znów cudowność materii, zmienność form natury
pomogła niedowierzyć. Tyle o wolności.

A to co lubię to nocny wiatr
w którym jest smutek i trwoga
i kiedy stoję na drodze sam
i już nie boję się Boga

A to co lubię to ziemi zew
w wiosennym skąpany soku
gdy przekrzykuję wołanie drzew
i kiedy drżysz przy mym boku

A to co lubię to cierpki smak
ludzi spotkanych po drodze
przychodzą znikąd jak polny kwiat
i w samotności odchodzą

Pytasz dlaczego milczę gdy czas
przecina mnie serią godzin
-słowa to kępy kłujących traw
a cisza nikomu nie szkodzi.

Widzę, że w ostatniej dobie,
mogę rzec to bez ryzyka,
wszystkim damom jedno w głowie:
dietetyka, dietetyka.

Tylko kiełki i warzywa
furda cukier, bułki, tłuszcze
My patrzymy : jako żywo!
Co dzień chudsze, co dzień chudsze

Ile też ja dziś zaważę?
Nie śpiąc dręczą się po nocach…
My nikniemy czasem w barze,
one co dzień – nikną w oczach

To o tuszę ciągłe dbanie
na obsesję już zakrawa.
One w kółko: wiesz kochanie,
znowu się zepsuła waga

Nie ma takiej ciężkiej diety
której trudów by nie zniosły
Żadnych sosów, w kąt kotlety,
Dzisiaj w modzie wodorosty.

Tyć czy nie tyć – ot, pytanie?
I tu myśl mi świta złota…
Czyż nie wiecie, drogie panie,
że najwięcej waży cnota?

Tu przepraszam za zuchwałość,
jednak w waszej cnoty względzie,
zalecałbym mniejszą dbałość.
Może którejś coś ubędzie…

Ja nie widzę w tym nic złego,
ale po co zaraz pościć…
chudnąć – owszem, lecz dlaczego
robić to bez przyjemności

Gdy odchodzisz mam w ustach
gorzki smak metalu
twarda glina żołądka
oddech mi zalepia
niedbały ruch przestrzeni
przeradza się w przepaść
w którą mnie spychasz w geście
pozbawionym żalu

Gdy odchodzisz –
ustami próbuję łapczywie
nadać słowom kolejność
dać rzeczom porządek
Patrzę w gwiazdy
wciąż płoną
choć jakby nieżywe
oświetlając zdumienie
twoich martwych spojrzeń

I gdzie są nasze gwiazdy
gdzie nasze kamienie
Ten czas wieczornych modlitw
gdy zasypia miasto
Gdzie ostry zarost dziadka
co kłuł jak sumienie
I słodki zapach mamy
która piecze ciasto

Tylko w nas się osadził
I na warstwie warstwa
równym ściegiem ułożył
miłości i wiersze
Całe życie – a wejdzie
do główki naparstka,
Cały życia ocean
w podróżnej manierce

Już nie mogę cię widywać
Już nie mogę z tobą być
wargi parzą jak pokrzywa
serce rani głogiem
z tobą raczej trzeba bywać
niż normalnie żyć

szkoda twojej płytkiej wody
na mój jasny ogień

Najpierw ta senna, co dziewczęcą wstążkę
na mym ramieniu zaplotła jak skrzydło
brzemienna wiedzą zasupłanych ścieżek
rozumiejąca mowę zwierząt i malarzy
piastunka ognia i żywiołów serca
ostrożna w gniewie i miłości własnej

Jej ziemia lekko faluje pod stopą
a jej powietrze nie smakuje głupcom
Jak chłodny Davis – staje się gorąca
i nic nie mówiąc – dalej nic nie mówi

Przeglądam się w jej milczeniu
w jej mądrych oczach, w jej myślach
mój zabłąkany żaglowiec
uderza o jej przystań

Potem ta czarna – jaskółka miłości
która przecięła mój bezludny pejzaż
i zanurzyła się we mnie jak perła
pianą miłości i pianą szampana
zwilża rozwarte ze zdziwienia wargi
i cała będąc kaprysem odpływu
cofa się tylko po to by powrócić

Zbiera w nieładzie rozrzucone muszle
i chce zawładnąć moim oceanem
cała zakryta niczym księżyc w nowiu
i jak pergamin dla mnie przezroczysta
Po kruchym lodzie wchodzę z nią w karnawał
taki odświętny, że prawie bez skazy

Przeglądam się w fiordach jej ciała
żeglując w ramion strzelistość
mój okręt stoi przy skałach
a żar przypływu tak blisko

I wszystkie inne anioły z księżyca
których zbyt ciasne mierzę aureole
przez nie na nowo trafiam do swych źródeł
i scalam swoje nietożsame ego
odkrywam wartość prawdziwej miłości
gdy pokus ciała spełni się obrządek

Lecz cóż po wiedzy – taka jest bezbronna
jak miecz w gablocie. Myśli to muzeum,
przechodzą tylko znudzone wycieczki.
Tyle samotnych wysp na mapie świata.

Kobiety życia i kobiety śmierci
na mojej wyspie rządzi nierozsądek
moralność zdycha przeglądając Boscha
pogańskich bogów ucząc anatomii

Przeglądam się w waszej próżności
budząc się przy was o świcie
i sklejam rzuconą w próżnię
ciemnego serca kotwicę

Moja żona ma małą dziurkę w głowie
i mały dołek na końcu tej dziurki
Jest to magazyn dobrych myśli
i orzechy tam składają wiewiórki

Ma też małą plamkę na siatkówce
jest to planeta zielona i nie odkryta
mówię wam, masę zieleni
a wierzcie jest to kapitał

Ma też czółenka w paski
które wyprosiła w starociach na bazarze
„nie da pan sierocie?” – bez łaski
a on dał i szepnął : mój Boże

Co miesiąc wychodzi z domu
składa ikrę do banku i wraca
nie wiem, po ile to chodzi
lecz widać jej się opłaca

W ogóle nie z tej ziemi jest moja żona
UFO zielone i ufne
Mówi mało – poznańska oszczędność
i z powodu, że dość mało rozumiem

Nie ma w sobie nic z nietoperza
nie tłucze się po domu, ani mnie
Dobrze mieć żonę w domu, nie zwierza
a jeszcze lepiej dwie

Może to tylko wiatr cię niepokoi
może wezbrana rzeka
Ginę jak asteroid
Stój i podziwiaj.
Z daleka.

Nikomu nic się nie stanie
jedynie błysk go oślepi
Zniknę z twych oczu jak taniec
Jak nurt za zakrętem rzeki

Rósł raz sobie muchomorek na brzegu ruczaju
Był uroczy, choć fatalną miał opinię w kraju

Nie kto inny jak dziad brzdąca oraz jego tata
Truli ludność okoliczną przez okrągłe lata

Co niektórych z tej pożogi dało się ocucić
Lecz chodzili cóś markotni i z lekka przytruci.

„Zaszargali mi opinię – pomyślał – niewąsko,
lepiej było się urodzić maślakiem lub gąską.

Jak by się tu znowu wkupić, zdobyć dobrą sławę ?”
Myślał grzybek, zły czerwone wypłakując w trawę.

A ludziska coraz częściej przecierali oczy –
„Cóż, że ma haniebną przeszłość – lecz jaki uroczy…

Toż to jego ojciec z dziadem są winne, psubraty,
On był wtedy jeszcze dzieckiem, on niewinawaty.”

I zaczęli go uważać i zapraszać w gości,
Choć nieliczni, mimo wszystko, miewali nudności.

Choć różowy kapelusik lubiła publika –
To na wielu ciągle działał jak płachta na byka.

W końcu nadszedł moment próby, wśród braw i owacji
I fetując okoliczność przyszłej degustacji

Postanowił muchomorek, że się ugotuje
I , jak Boga kocham, teraz to on już nie truje…

Lecz choćby się chciał gotować i w dziesiątej wodzie –
Jest nadzieja – jeszcze mądrość stoi przy narodzie

Jest nadzieja – przeto wołam głośno – „dosyć tego,
Przestań wstawiać farmazony, przestań truć, kolego”.

myślałem – piękno
a to tylko senność
ukradkiem kurzu
siadła na jej rzęsach
w niedbałym zgięciu
bezczynnej pieszczoty
co tylko sobą zajęta
jak lustro

myślałem – miłość,
to skrzydło gołębia
w swej śnieżnej bieli
pranych prześcieradeł…
a to jedynie
sieroca choroba
i psia lojalność
dopóki ją głaszczesz

myślałem – dusza
a to tylko rozum
i suche liczby
odsetki od zera
z wszystkich miesięcy
przez które cierpliwie
tak oszczędzała
na swojej miłości

W osobliwym gmachu, na kolumnie szyi
która dumnie się opiera gilotynie czasu,
niczym uśpione żmijowisko białka –
pędzą nierzeczywisty żywot – myśli.

Jedne od drugich bardziej fantastyczne,
niewymiarowe, nie do pomyślenia,
samospełniane w momencie poczęcia
i samobójcze, jak wschody księżyca.

Myśli pioruny, błyskawice lędźwi,
ogniste smoki żądz i atawizmów,
uświadamiane we śnie, pod narkozą,
w pijanym transie, narkotycznym głodzie,
myśli od których trzeba wiać jak złodziej,
palące mosty, sumienie i haszysz.

A potem myśli łagodne jak zefir,
powolne jak kobieta rozbierana do snu,
myśli zwiewnych dotyków, eterycznych pieszczot,
przezroczyste, rozpięte ranną mgłą nad łąką,
i z wonią majeranku w lawendowych oczach.

I też myśli ambitne, zaborcze jak zadry,
kolce w dupę miłości, drut kolczasty świata.
Ich trupami zasłane wszystkie schody sławy,
majątku, władzy. Myśli jak klinowe pismo,
gotowe wejść pomiędzy najciaśniejszą zgodę
i klinem kruszyć państwa, rozdzielać narody,
myśli tak jadowite, jak uścisk Judasza,
uśmiechnięte do siebie, hardo i cynicznie
oznajmiające z góry zachrypłym charkotem,
że coś tam uber alles, ale nie dla wszystkich.

I przy nich myśli cichsze niż drapanie myszy,
którym starczy ziarenko prawdy za ogarek,
myśli małe jak pępek, co skryty przed światem
i kręci się co najwyżej wokół własnej osi.
Te myśli już potrafią docenić milczenie,
surową, chłodną wiedzę o strukturze kwiatu,
atomu, śmierci, zdrady i daremnej grozy.

Myśli naszej młodości, okruchy dzieciństwa –
choć z wiekiem ich prostota nieco onieśmiela-
bezbłędnie rozróżniają barwy po zapachu:
czerń istotnie jest czernią – nie wpada w optymizm,
biel ma niebieskie oczy i zadarty nosek,
reszta barw to karnawał oddechu i pędu,
zziajane, głodne, świat im cieknie po podbródkach.

Lecz już myśli stateczne – odziewają w szarość,
rozcierają kontrasty w mętnych kompromisach,
myśli trudnych wyborów – chore na bezsenność,
skazane na pół-prawdy szeptane półgębkiem,
cierpiące na niewiarę w zapomnianej nawie,
gdzie Jezus Chrystus z nudów czyta mitologię.

I te myśli, co nie chcą uciec z Drohobycza,
bo jednako śmiertelne w każdym innym mieście,
myśli co Się poznały i co ciągle w drodze,
w mgle wszystkich lokomotyw śpiewają o Peru,
obnażone jak nerwy przed gorącym wiatrem,
napięte żyły gitar, przeklęte miłością,
przeżegnane na drogę skowytem miłości.

Myśli o nieistnieniu, myśli o rozkładzie,
gnijące w sztolniach mózgu, spętane nicością.

A obok świat harmonii i boskiej jedności,
wzór na diabła, anioły, i program zbawienia,
ufna, komputerowa alchemia stworzenia,
czerpiąca całą wiarę z prawdopodobieństwa.

Myśli o Prapoczątku – brak innych dowodów
jest najlepszym dowodem na istnienie Boga.

Myśli, co otaczają człowieka miłością,
dające pewność ręki i prostotę duszy,
myśli przy których wszystko bierze nas w opiekę,
odracza gwałt, ból serca i trudne rozstanie,
myśli jasne, spokojne uczciwym sumieniem,
prostym wierszem, gdzie słowa jak perły po stole
toczą się po iskrzących łąkach wyobraźni.

Od lat dwudziestu z okładem
życie pozbawia mnie złudzeń:
kobieta, z którą się kładę
tą samą jest – gdy się budzę.

Wszak szans jest raczej niewiele,
że w jednym miejscu i czasie
w konkretnym, mniej więcej, celu
tą samą wciąż spotyka się.

Po nocy jeszcze się łudzisz,
gdy jesteś po dwustu gramach.
Nic z tego, kiedy się zbudzisz
nad ranem, patrzysz – „Ta sama!”

A myślę, że w sprzyjających
okolicznościach przyrody
ożywić mógłby mój pejzaż
obiekt ciut mniej zabytkowy…

Być piękny, smukły i lśniący,
zawsze otwarty – tu haczyk:
dla wszystkich zwiedzających –
więc również i dla rogaczy.

Przyznaję, mogło być gorzej,
wizja szatańska się wdziera,
budzę się niczym w horrorze
i widzę Leszka Bergera

lub koszmar z Ulicy Wiązów,
z grubą tapetą, choć w stringach,
ujawnia się dość rozwiązłą
blondyną po trzech liftingach.

Już lepszy niż ta loteria
szept, co do szału podnieca:
„Jestem dziś dzika jak preria!
Podrap mnie, stary, po plecach”.

I żadna świtu odmiana
w bliskiej przyszłości nie czeka.
Choroba lepsza – gdy znana
I zaoszczędzę na lekach

pod gołym niebem
na oczach wszystkich aniołów
pokochałem cię
miłością bezmyślną
i bezgrzeszną
miłością zachłannego pielgrzyma

pod gołym niebem
pokochałem cię
bez większego sprzeciwu planet
choć raczej wbrew twej woli

broniłaś się jak umiałaś
ale że byłaś jeszcze bardzo młoda
umiałaś niewiele

to była moja tarcza
przed oślepiającym blaskiem
tarczy zegara

tarcza przeciw tarczy
miłość przeciw pustce
pycha odkrywcy
przeciw oczywistym dowodom
na istnienie Boga

Cały jestem sobą
Myślę sobą jak kamień
I obracam się wzdłuż własnej osi
Gdy leżę to w poprzek siebie
Gdy czynię to przeciw sobie
I mną się mój płacz zanosi

Cały jestem z ludzi
I cały jestem dla ludzi
Bo świat mnie nie przeraża choć męczy
To w końcu nic nie zmienia
Gdy pieprzę na swój temat
I plączę się wśród własnych pajęczyn

Na jednej szali miłość
Na drugiej – piją wino
A ja języczkiem wagi – więc się waham
Woda spokojna, czysta
Faluje tylko przystań
I głupie niebo fruwa po ptakach

Tak się przy tobie wszystko wydaje bezczynne
sprzęty snują leniwie własne opowieści
czas z papieru wycięty płonie jak igliwie
i sny się śnią szczęśliwe – nawet kiedy nie śpisz

nawet gdy już cię nie ma – pachniesz w ściętych ostach
biegniesz przez mych zziajanych myśli grzęzawisko
Chciałbym wynieść ze zgiełku twoją jasną postać
nim chmury niepamięci napłyną zbyt nisko

Unosisz się ponad ziemią
Płyniesz nad ciemną rzeką
Nie odchodź, gdy jesteś ze mną
Nie odchodź za daleko

Nie szukaj wiatru w mych oczach
Ani płomienia w mym ciele
Ja płonę w twych ściętych warkoczach
I jak huragan tężeję

W popękane wiatrem żyto
Słów powszednich wchodzi rzeka
I uśpiony świat kołysze
Ciszą kłosów nocna przepaść

Uwysmuklić się w twych żyłach
I na palcach stać przy tobie
Chwytać z żagwi twoich włosów
Traw skoszonych zbiegły ogień

I z niewysłowionej grozy
Pożeglować w drzew zaklęcia
W małych twoich dłoni pejzaż
Popękany od konarów

Lecz namowom nieposłuszny
Sercem dzikim od wyrzeczeń
Zbiec z ogniska twego ciała
W popękane wiatrem żyto

klaps, stop klatka
nieśpiewna miłość, niełatwa
żeby ją można zatrzymać
jak kadr z niemego kina
żeby ją można jak zdjęcie
przechować w starej kopercie
zakleić, nadać do świata
by powróciła po latach…

lecz ona znika jak chmurka
bo to płochliwa wiewiórka
to rudy ogień niewielki
rzadko przychodzi jeść z ręki

Zaludniam tobą
wysokie pokoje
skuty lodem milczenia
drżę, na palcach stoję

Zmiennych losów zagadka
czai się w źrenicach
Odliczam tobą słońca
i pełnie księżyca

I w niedomkniętych dłoniach
trzymam ciepły piasek
wiatr wywiewa go lekko
a ty cicho płaczesz

Na ten wiatr, na ten księżyc
i na moje dłonie
spada milionem kropli
twej miłości płomień

Zaludniam tobą
wysokie pokoje
stoimy sami
choć jeszcze we dwoje

Żony poetów milczące jak sfinksy
na setki spojrzeń znają odpowiedzi
grają cierpliwie znaczonymi wierszami
pomne ich ulotnej trwogi i uniesień

Żony poetów – one zawsze w drodze
gotowe miłość odcedzić od gniewu
nie płoną w ogniu poetyckich wzlotów
lecz w poprzek czasu smażą jajecznicę

Ich słowo waży więcej niż kamienie,
cięższe od ręki wznoszącej toasty
Są już zmęczone tą tanią mistyką,
gdzie sacrum zwykle pływa w spirytusie

Żony poetów – one zawsze w drodze.
Czy Go urzeknie nagły zakręt bioder?
Czy zwabi zapach odkrytej przydawki –
która odpowie na wszystkie pytania?

I nie pytają – jaka jest? – „Nijaka…,
bo nie wybiega za granicę słowa”.

***

Przecież to One dopisują pointy
gdy wiersz poety zdaje się zamknięty

Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić komfort korzystania z Internetu
Explore
Drag